"Anioł" ("Ghadi"), reż. Amin Dora (2013)

Idealne dla: fanów "Dziewczynki w trampkach", "W pogoni za szczęściem", filmów Franka Capry

Niczego nieświadomi mieszkańcy niewielkiego libańskiego miasteczka z małą pomocą zdesperowanego ojca odkrywają, że mają między sobą najprawdziwszego anioła - takiego, co wysłucha, pomoże w potrzebie, doradzi w niedoli. To szczególne zesłanie stało się osią udanego, reprezentującego Liban w wyścigu po Oscary debiutu Amina Dory.

Mały Ghadi rodzi się z zespołem Downa w kochającym domu nauczyciela muzyki. Jest dzieckiem bardzo oczekiwanym - pierwszym potomkiem płci męskiej w społeczeństwie, które od każdej rodziny oczekuje posiadania przynajmniej jednego chłopca. Nie o takim młodym sąsiedzie marzyli jednak okoliczni mieszkańcy fikcyjnego El Mshakkal. Ghadi, podobnie jak przed laty jego ojciec, uwielbia przesiadywać w dużym oknie salonu z widokiem na cały plac miejski - zarówno za dnia, jak i w nocy. Problem polega na tym, że zafascynowany obserwowanym codziennym życiem i docierającymi hałasami, sam wydaje z siebie niekontrolowane, a donośne odgłosy. Małomiasteczkowa świadomość sąsiadów i ich ograniczona na swój sposób percepcja, nakazują widzieć w chłopcu obłąkanego, osobę, której zapragną się natychmiast pozbyć - najlepiej z całą rodziną. Zdesperowany ojciec wpada na genialny w swojej prostocie pomysł, który zmieni na zawsze życie rodziny, ale i całego miasteczka.

"Anioł" Dory to właściwie dość prosta opowieść o sile zakorzenionych stereotypów i często niekonwencjonalnych sposobach radzenia sobie z nimi. Na pierwszy rzut oka - nic nowego. A jednak historia ta porywa i napawa optymizmem, zdobywając serca publiczności na całym świecie, włączając widzów polskich, którzy już zdążyli przyznać filmowi swoją nagrodę podczas przeglądu Wiosna Filmów. Libański reżyser umiejętnie zestawia prowincjonalne (i patriarchalne) myślenie o podstawowych wartościach z bezwarunkową rodzicielską miłością. Nie wyśmiewa przy tym przywar, nie wytyka palcami, ale wskazuje, że każdy przy odrobinie dobrej woli i bodźca zewnętrznego potrafi się zmienić na lepsze. Po tak krzepiącym, choć pewnie momentami sentymentalnym i naiwnym seansie pozostaje satysfakcja, że oto brało się udział w niemal dwugodzinnym, ale jakże potrzebnym procesie odczarowywania rzeczywistości - tak szarej, przewidywalnej i zupełnie pozbawionej sił nadprzyrodzonych.

[Magdalena Maksimiuk]