• Robert Skowroński
    Robert Skowroński
Dzień Niepodległości: Odrodzenie
  • 3.4
  • 1
Dzień Niepodległości: Odrodzenie

"Dzień Niepodległości: Odrodzenie" ("Idependence Day Resurgence"), reż. Roland Emmerich (2016)

Idealne dla: fanów "Dnia Niepodległości", science fiction, filmów katastroficznych, osób tęskniących za latami 90.

Zawsze wiedzieliśmy, że powrócą - krzyczy hasło na plakacie "Dnia Niepodległości: Odrodzenie". Prawdopodobnie Roland Emmerich też zdawał sobie sprawę, że nadejdzie moment, kiedy wróci do widowiska z pogranicza filmu katastroficznego i science fiction. A mimo to nie przygotował się na tę chwilę zbyt należycie.

Obcy ponownie najechali Ziemię! Ale nie to jest przerażające, tylko sposób, w jaki reżyser przedstawił kontynuację kinowego przeboju z 1996 roku. Przepis na letni blockbuster, który Emmerich zaproponował dwie dekady temu, musiał mu się gdzieś zagubić, gdyż nie pozostało zbyt wiele z tego, co nas zachwycało przy pierwszej części. To prawdopodobnie znak czasu, gdyż kino głównego nurtu przerobiło gatunek, w który wpisuje się "Dzień Niepodległości" na wszelkie możliwe sposoby, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca na nowe odkrycia. Jednak twórca niemieckiego pochodzenia nie podołał nawet zadaniu nakręcenia przyzwoitego filmu trzymającego się średniej wyznaczonej przez inne pokrewne produkcje.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
  • zdjęcie nr.11
  • zdjęcie nr.12
  • zdjęcie nr.13
  • zdjęcie nr.14
  • zdjęcie nr.15
  • zdjęcie nr.16
  • zdjęcie nr.17
  • zdjęcie nr.18
  • zdjęcie nr.19
  • zdjęcie nr.20
Kadry z filmu "Dzień Niepodległości: Odrodzenie", reż. Roland Emmerich

Przedstawiony humor nie bawi, a wręcz irytuje, podobnie jak mało wyraziści główni bohaterowie (przede wszystkim nowe twarze), co w połączeniu ze ślamazarnym tempem akcji sprawia, że przyglądanie się własnym paznokciom może okazać się bardziej absorbującym zajęciem niż oglądanie inwazji przybyszów. Mimo że dynamika obrazu nie działa jak silniki statków kosmicznych, to Emmerich zachował prawa sequela - wszystko ma być większe i potężniejsze. Tym razem kosmici przeszli samych siebie w kwestii rozmiarów pojazdu-matki pokrywającego pokaźny procent Ziemi. A sama rozwałka zyskała oprawę na miarę naszych czasów przekształcając się w widowisko z jednej strony próbujące oddać cześć oryginałowi, z drugiej starające się zaoferować coś nowego. Kończy się jednak tylko na dobrych chęciach.

Podobnie jak w pierwszej odsłonie, Emmerich kreśli aluzje do obecnej sytuacji politycznej. Prezydent Thomas J. Whitmore w 1996 roku w wykonaniu Billa Pullmana był inkarnacją Billa Clintona. Teraz pani prezydent Lanford (Sela Ward), to odwołanie do osoby żony 42. polityka stojącego na czele Stanów Zjednoczonych. Reżyser w myśl poprawności wobec mniejszości seksualnych wyraźne zarysował też wątek uczucia między Isaacsem a Brakishem Okunem - to para naukowców, która jest w stanie umrzeć za świat lub za siebie nawzajem.

"Dzień Niepodległości: Odrodzenie" powinien swoje zarobić, gdyż trend na wyciąganie pieniędzy z kieszeni widzów, za wabik mając rebooty hitów z lat 90., wciąż trwa. Nie udało się jednak zaproponować tej samej świeżości, którą miał do zaoferowania oryginał. Tylko jak wspomnienie o dawnym sukcesie powracają zdjęcia Willa Smitha, który wcielił się niegdyś w kapitana Stevena Hillera. Ten 4 lipca obył się bez spektakularnych fajerwerków.

[Robert Skowroński]