• Ola Salwa
    Ola Salwa
Hel
  • 0
  • 0
Hel

"Hel" [recenzja]

"Hel", reż. Paweł Tarasiewicz (2015)

Idealne dla: wielbicieli Davida Lyncha, morza, opowieści z dreszczykiem, Marcina Kowalczyka i… "Lśnienia"

Debiutancki "Hel" jest intrygujący i klimatyczny, choć niespełniony. Przypomina spacer nad morzem o zmierzchu - w pewnym momencie wszystko przestaje być jasne, z wyjątkiem szeptanego przez fale nazwiska "David Lynch"

Zawsze uważałam, że polskie kurorty są nawiedzone, przede wszystkim złym gustem i widmem chciwości; witający się z widzami duet reżyserski Katia Priwieziencew i Paweł Tarasiewicz wywołują na ekranie zupełnie inne duchy. "Hel" to kino gatunkowe, jednocześnie film korzystający z uniwersum wyobraźni innych twórców, przede wszystkim Davida Lyncha, który jak doskonale pamiętamy jest nie tylko mistrzem tworzenia niesamowitej atmosfery, ale także wyciągania spod ojczystej ziemi tego, co jej mieszkańcy pragną ukryć. Medium wywołującym ducha jest w "Helu" Jack (Philip Lenkowsky), amerykański pisarz o dawno przebrzmiałej sławie (lub sławie widmowej). Choć mógłby wybrać wszystkie kurorty świata, przyjeżdża na polski półwysep, będący w międzysezonowym stanie wegetacji. Do nowego domu, przyczepy należącej do lokalnego szefa policji zawozi go Kail (Marcin Kowalczyk), który zawodowo (i z wielką przyjemnością) zajmuje się testowaniem ludzi za pomocą wykrywacza kłamstw. Powiesz prawdę - wygrywasz pieniądze; skłamiesz trzy razy - przegrywasz. Testowi poddaje się młoda turystka, dość o niej powiedzieć, że przyjeżdża na opustoszały Hel w towarzystwie swojego chłopaka i przyjaciółki. Po kilku testowych pytaniach Kail wyciąga z niej niewygodną prawdę. Karą dla dziewczyny, oprócz pieniędzy, staje się też śmierć po makabrycznym zabiegu, jakiego nie powstydziłby się Jigsaw. Dwójka jej towarzyszy ginie bez śladu. Przyjaciółka Kaila i zarazem stażystka w lokalnym barze ze striptizem prowadzi własne dochodzenie w tej sprawie. Jej szefowa, dama o urodzie, która już przestała kwitnąć, wpada w oko Jackowi. W "Helu" nie ma mowy o duchach z innego wymiaru, lecz o całkiem innych, ludzkich demonach, czających się za plecami - być może zupełnie urojonych.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
Kadry z filmu "Hel", reż. Paweł Tarasiewicz

Zawiązanie akcji następuje raźno, potem uwaga kieruje się a to na śledztwo, a to na pisarskie zmagania Jacka, a to na miejscowych. Katia Priwieziencew i Paweł Tarasiewicz zapraszają do zwyczajnie wyglądającej mieściny, by z każdą kolejną minutą ją odrealniać i mieszać to, co się dzieje w głowie Jacka z tym, co ma miejsce poza nią. Atmosferę budują tu kolory czerwień i granat, symbolizujące dwa sprzeczne żywioły: rzeczywistość i nadnaturalność. Niesamowitość wprowadza tu też obraz z kamery VHS, którą Kail rejestruje spotkania ze swoimi klientami i "ofiarami". Pytanie główne, czyli "kto zabił" oraz "o co w tym wszystkim chodzi" duet reżyserski uwodzicielsko odkłada na bok, skupiając się na nastroju. Akcja filmu dzieje się w mało zbadanych przez kino latach 90., które niedawno stały się kopalnią niesamowitości (choćby w książce Olgi Drendy "Duchologia. Rzeczy i ludzie w latach transformacji"), niewyczerpanym źródłem kiczu, ale i pamiętnikiem polskich marzeń, aspiracji i przekleństw.

Wyraźna inspiracja Lynchem kończy się na poziomie estetyki, podobnie jak zaczerpnięta od Kubricka (i Kinga) postać pisarza walczącego z demonami na odludziu. Spod tych wszystkich warstw i patynek trudno wydobyć autorski głos Priwieziencew i Tarasiewicza, szkoda, bo w nie każdym filmie niedopowiedzenie i tajemnica są atutem. Duchy Helu nadal czekają na swojego egzorcystę.

[Ola Salwa]