"Między nami dobrze jest", reż. Grzegorz Jarzyna (2014)
 
Dorota Masłowska i Grzegorz Jarzyna w pokazywanym na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni "Między nami dobrze jest" wspólnie opowiadają historię kraju, w którym nie kupuje się gazet, bo można je znaleźć na śmietniku; nie czyta się książek, bo ich miejsce zajęły gazetki z promocjami; nie marzy się, bo nikogo nie stać choćby na kredyt czy wakacje. 
 
Bohaterki "Między nami dobrze jest" stworzone przez pisarsko-reżyserki duet przedstawiają trzy pokolenia i trzy różne wizje życia w Polsce. Wygadana wnuczka całą wiedzę czerpie z internetu i postrzega nieustanny bunt jako jedyną właściwą postawę. Przepracowana matka zaczytuje się w brukowej prasie kobiecej. Przykuta do wózka babcia spędza z kolei całe dnie na  wspominaniu czasu wojny. Cała trójka żyje razem w typowym polskim mieszkaniu, w którym od lat "przeprowadzany jest konsekwentnie brak remontu". Tu tania nowoczesność mebli z Ikei zderza się z przechodzącym z pokolenia na pokolenie strachem przed wybuchem wojny. 
 
Tym, co popycha całą historię do przodu, jest sam język, którym to Masłowska włada z wprawą i finezją. Bohaterowie nie mogą zrozumieć siebie nawzajem. Mówią strumieniem słów złożonym z fragmentów reklam, zdań przeczytanych w brukowcach czy zasłyszanych w programach telewizyjnych albo wyciągniętych wprost z archaicznego języka dwudziestolecia międzywojennego. Babcia wyszukanym słownictwem z nostalgią snuje opowieść o latach młodości, a wnuczka odpowiada jej na to litanią wulgaryzmów, slangu i nowomowy. Ukazana zróżnicowanie pokazuje, że nie ma mowy o istnieniu "statystycznego Polaka", a między kolejnymi pokoleniami zieje głęboka przepaść. Słowa wcale nie zbliżają, ale oddalają od siebie ludzi. Jednocześnie, mimo że każdy posługuje się innym językiem, nikt nie posiada słów potrzebnych do opisania  świata. 
 
"Miedzy nami dobrze jest" z mieszaniną wstydu oraz miłości odbija znane nam z codzienności absurdy i konflikty pokoleniowe. Rozpisana na kilka głosów polskość prezentuje kolejne grupy społeczne, poglądy czy wyobrażenia dzisiejszej rzeczywistości. Degrengolada wydaje się nie mieć końca – po karierowiczostwie, konsumpcjonizmie, głupocie mediów i zepsuciu gwiazd przychodzi kolej na niemożność zrozumienia i zachłyśnięcie wykreowaną przez media idyllą. Ukazana na ekranie Polska to ciemnogród, gdzie szaleje nietolerancja, zbiera się niezliczone ilości kubeczków po jogurtach i odświeża kurczaki płynem do mycia naczyń. W niej żyją modelki narzekające na ból po photoshopowym usunięciu pępka, sąsiadki przedstawiające się jako "grube świnie" i ludzie spłacający kredyt przez następne czterdzieści lat. Nikt nie zostaje oszczędzony, groteską po uszach dostają tak biedni, jak i bogaci, a wszystko niepokojąco przypomina widzianą za oknem rzeczywistość. 
 
Film Grzegorza Jarzyny uderza silnie i precyzyjnie. Pokazuje, jak skrępowani próbujemy pozbyć się swojej polskości, a w efekcie jedynie powoli wpadamy w obsesję na jej punkcie. Nie potrafimy uwolnić się od myśli, że w przeszłości mieliśmy język i byliśmy Polakami, ale wszystko straciliśmy i okryci hańbą zostaliśmy daleko w tyle za resztą świata. Dziś nasza narodowość stanowi piętno, które na przemian ukrywamy i wystawiamy na widok z masochistyczną przyjemnością. To, co nas łączy, to wyłącznie wzniosła przeszłość i jedzony każdego dnia chleb, chleb, chleb. Patrzymy na wyciągane na ekran brudy i razem z bohaterami powtarzamy w myślach "Polska to głupi kraj". 


[Alicja Mazurkiewicz, 39. Festiwal Filmowy w Gdyni]