"Noc Walpurgi" [recenzja]

"Noc Walpurgi", reż. Marcin Bortkiewicz
"Noc Walpurgi", reż. Marcin Bortkiewicz

"Noc Walpurgi", reż. Marcin Bortkiewicz
 
Idealne dla: fanów filmów "Śmierć i dziewczyna", "Wenus w futrze" Romana Polańskiego, "Nocny portier" Liliany Cavani, "Czystej formalności" Guiseppe Tornatore lub kina Luchino Viscontiego
 
Pierwsza scena: młody, nienagannie ubrany mężczyzna wykręca numer w hotelowym korytarzu, aby odbyć krótką, ale czułą rozmowę z matką. Stylowe schody, stary portier, który zaraz ślamazarnie będzie podawał mu tajemniczą walizkę, nikłe światło eleganckiej lampy - nic tu nie zapowiada tsunami, którym Marcin Bortkiewicz, reżyser debiutanckiej "Nocy Walpurgi", uderzy niebawem w swoich bohaterów i oglądających ich spotkanie widzów. Złamie większość tabu nie tylko polskiego kina, z brawurą będzie szarżował nawiązaniami do absolutnych mistrzów, zagęści eleganckie wnętrza teatru od emocji na najwyższym c a nawet cis, ale zostawi na koniec widzów autentycznie wzruszonych i oczyszczonych. A to najtrudniejsze.
 
Jest rok 1963. Młody mężczyzna to Robert (Philippe Tłokiński), szwajcarski dziennikarz, który do hotelu przyjechał, aby zrobić wywiad z wielką operową diwą, Żydówką, Norą Sandler (Małgorzata Zajączkowska). Ma aryjską urodę, dobre maniery i bezczelność w jasnych oczach, którą diwa dostrzeże od razu - choć nie da tego po sobie poznać. W scenicznym makijażu i dziwacznym kostiumie płetwonurka, pod którym nosi skąpy gorset oraz pas do pończoch zaprosi go do swojej garderoby i od początku będzie śmiało przekraczać granice zawodowego spotkania. "Jest młody i śliczny. Pewnie ma cienkiego, ale wiesz przecież, że dla mnie liczy się przede wszystkim długość" - komentuje Roberta w rozmowie telefonicznej z menedżerem, nie wiedząc, że Szwajcar świetnie mówi po polsku. Ta konstatacja o upodobaniach co do rozmiaru penisa szybko wprowadzi ich świeżą znajomość na wyższe piętro - pistolet jest nabity, czekamy już tylko, kiedy wystrzeli. W przenośni i dosłownie. Bo Nora, genialna śpiewaczka, cudowne dziecko opery, z numerem z Auschwitz wytatuowanym na przedramieniu, namówi Roberta do odegrania sytuacji z jej dziwnego, sadomasochistycznego związku z SS-manem, w którym aria Glucka i lufa pistoletu były seksualnymi rekwizytami. Duchy tej Nocy Walpurgi przychodzą z getta, z przedwojennych salonów, z obozów zagłady. Im więcej wiemy o Norze, tym mniej jasne wydaje się intencja, z którą przyszedł do niej Robert. Wyjaśnienie tego będzie wielkim finałem "Nocy Walpurgi".
 
W stylowym, utrzymanym w czerni i bieli filmie Bortkiewicza emocje, traumy, nerwice, perwersje i seksualne fantazje eskalują jak popisowe kadencje operowych arii. Dwójka aktorów zamknięta niemal przez cały czas w jednym pomieszczeniu roznosi ekran niepokojącą energią. Żałuję, że nie mogliśmy poprzyglądać się uważniej rodzącej się między nimi intymności, że temat Holocaustu spada tak szybko, że jedno traumatyczne zderzenie Roberta i Nory goni kolejne i kolejne, aż czasem tęsknimy za oddechem. Ale tak jak Robert pozwalam Norze - czapki z głów przed wielką Zajączkowską! - wciągnąć się w jej świat Zagłady, Opery i Namiętności. Wierzę jej, tak jak wierzę w Bortkiewicza - jak dobrze, że to dopiero początek. 
 
[Magdalena Felis, Festiwal Młodzi i Film, Koszalin 2015]