"The Knick": Mocny niczym zastrzyk z kokainy


 
"The Knick", reż. Steven Soderbergh (2014)

The Knick" nie ma nic wspólnego z serialami czy filmami historyczno-kostiumowymi. Konsekwentnie opowiada o czasach minionych ze współczesnej, bogatszej w doświadczenia perspektywy.

Dorastałam w czasach, z których śmieje się dzisiejsza spersonalizowana komputerowo rzeczywistość. Oczywistością była domowa, stacjonarna maszyna, dzielona przez domowników według potrzeb. Za dnia pisywałam na beżowym pececie prace na zajęcia z literatury, a wieczorami – nie zawsze, ale często – w największej tajemnicy przeglądałam pliki służbowe taty. Nie, nie kolekcjonował zdjęć erotycznych. Mój tata jest chirurgiem i często dokumentuje przeprowadzane zabiegi. Anonimowe rozcięcia i rozwarcia prowadzące do wnętrza ciała fascynowały i przerażały jednocześnie, ale ich siła przyciągania była nieodparta. Podszyty lękiem, ale patologicznie wręcz silny magnetyzm tajników organizmu rozumie Steven Soderbergh, który w „The Knick" filmuje podróże skalpela i nożyczek bezpruderyjnie niczym operator reality TV, z intuicją godną najlepszego dokumentalisty i strategią wytrawnego dramatopisarza.
 
To nie fantazja: tytułowy „The Knick" istniał naprawdę. Założony w 1862 roku jako Ambulatorium Manhattanu, tymczasowa placówka medyczna mająca opatrywać powracających z Wojny Secesyjnej rannych żołnierzy Unii, w 1885 roku był już w pełni wyposażonym zakładem medycznym, największym na północ od dziewięćdziesiątej dziewiątej ulicy. Co ciekawe, nazwę Knickerbocker nadano mu oficjalnie dopiero w 1913 roku, wcześniej nazywał się J. Hood Wright Memorial Hospital. Dziś w miejscu Knickerbocker Hospital są apartamenty dla seniorów, ale w czasie, gdy rozgrywa się akcja serialu, położony na rogu Convent i 131 ulicy szpital był centrum medycznej innowacji. Przez lata obsługiwał największy i najgorętszy ostry dyżur w mieście, a do tego przodował w leczeniu polio, zabiegach ginekologicznych i terapii alkoholowej.
 
Walka z ciałem i o ciało, prowadzona na ekranie przez zespół ambitnych chirurgów, jest pokazana z odwagą i realizmem nieznanym z „Ostrego dyżuru" czy „Chirurgów", w swojej brutalności bliższym gdzieś „American Horror Story". Ale z takim samym szkłem powiększającym Soderbergh podchodzi do wszystkich innych aspektów tej niezwykle starannie przygotowanej i zrealizowanej produkcji. Już na etapie zdjęć donoszący z planu dziennikarze zwracali uwagę na zegarmistrzowską dokładność z jaką rekonstruowano m.in. przestrzenie miejskie, choćby grające serialową Lower East Side dzisiejsze ulice Orchard i Broome, którym wymieniono szyldy, latarnie, okiennice, wysypano asfalt piaskiem, przemieniono właściwie nie do poznania. Wszystko w „The Knick" - najmniejszy guzik kostiumu, akcenty aktorów, kształt kół konnego powozu, nosze sanitariuszy, tapety w mieszkaniach i kształt strzykawki – to owoc długich poszukiwań i ciężkiej pracy doskonałej ekipy. Efekt jej pracy jest imponujący. I mocny. Są momenty, kiedy „The Knick" naprawdę „wbija w fotel"...
 
@page_break@
 
 
Dzieje się tak nie tylko ze względu na już wspomniane, spływające krwią sceny eksperymentalnych operacji. Tak, jak zapowiadali twórcy, produkcja skupia się także na życiu swoich bohaterów poza ścianami Knickerbockera. Scenarzyści Jack Amiel i Michael Begler nasączyli akcję niewygodnie dużą dawką zniuansowanych dialogów i sytuacji, które dzisiejszego widza przyprawią o nerwowy kaszelek. Tematy emancypacji, rasizmu, korupcji, amerykańskocentrycznej, protekcjonalnej, dyskryminującej megalomanii są tu rozwijane na każdym kroku, wymiany zdań osadzone głęboko w społecznych realiach sprzed ponad wieku bywają wstrząsające. „The Knick" nie ma nic wspólnego z serialami czy filmami historyczno-kostiumowymi. Konsekwentnie opowiada o czasach minionych ze współczesnej, bogatszej w doświadczenia perspektywy. To wrażenie wydatnie podsyca mroczna, transowa muzyka mistrza swojego fachu, Cliffa Martineza („Drive"), ostatecznie odzierająca najnowsze dziecko Soderbergha z ryzyka patyny. Całość jest gęsta, mroczna, emocjonalnie lepka jak dobry, klimatyczny teledysk.
 
„The Knick" jest doskonale obsadzony, od epizodów, przez drugi plan, po główną rolę. Scenarzyści nie ułatwiają jednak widzowi zadania, nie tworzą bohaterów jednowymiarowych, dobrych lub złych, skrajnie utrudniają moralną nawigację i ewentualny proces identyfikacji z postaciami. Już w pierwszych minutach filmu, kiedy chirurdzy podwijają rękawy nad stanowiskiem do dezynfekcji, widz dostaje po oczach gęstą mozaiką zrostów po wkłuciach zdobiących przeguby i przedramiona. Szokujące? Nie dla tego środowiska. Przecież kto śpi, nie ulepsza świata, w którym walki o życie pacjenta nie wspierają jeszcze antybiotyki. Autodestrukcja to skutek uboczny tego wyścigu, opisany małym drukiem już na świadectwie urodzenia...


 
Wreszcie, być może pierwszy raz od czasu „Ludzkich dzieci", filmożercy dostaną dosłownie ociekającą charyzmą, mocną, godną talentu jakoś ostatnio rozmieniającego się na drobne Clive'a Owena rolę. Grany przez niego doktor John W. Thackery jest geniuszem w białych, elegancko sznurowanych trzewikach, serdecznym przyjacielem. Walczy o progres ludzkości, jej dłuższe, zdrowsze życie, a jednocześnie sam nie potrafi przeżyć jednego dnia bez spotkania z maleńką, srebrną strzykawką, kryjącą w sobie jego eliksir: kokainę. Jego dusza jest równie czarna, jak pył na bruku pod burdelem w którym zdarza mu się sypiać, i równie pełna pogardy, co spojrzenie rzucane czarnoskóremu chirurgowi, wbrew jego woli zatrudnionemu przez zarząd. Wpisany w jego wzrok wewnętrzny rozdźwięk, emocjonalna chuliganeria, precyzja i wieczny głód wrażeń cechują nie tylko jego bohatera, ale cały, wyprowadzający nokautujący serialowy cios, „The Knick".
[Anna Tatarska]
 
 
*Premiera serialu "The Knick" już w najbliższą sobotę, 9 sierpnia o godz. 22.00 w Cinemax, dzień po premierze amerykańskiej. Pierwszy odcinek serialu będzie odkodowany przez miesiąc w serwisie internetowym HBO GO.