Lech Majewski: film okrutniejszy niż horrory [wywiad]

Onirica Majewski wywiad
Lech Majewski i kadry z filmu "Onirica"
Moje filmy są bliskie seansom spirytystycznym - opowiada nam Lech Majewski, którego "Onirica" 17 kwietnia wchodzi do kin.

Michał Hernes: Gdy następuje moje spotkanie z arcydziełami Dantego i z pańskimi filmami, najpierw odnoszę wrażenie, że czegoś się dowiedziałem, a potem uświadamiam sobie, że nie wiem nic, że prawda jest nieosiągalna.

Lech Majewski Ale można się do niej zbliżać.

Próbuje pan tego dokonać?

Próbuję prowadzić uczciwą rozmowę z samym sobą. Każdy z nas okłamuje się na setki sposobów, inaczej byśmy oszaleli. W tym wszystkim kryją się jednak ziarna prawdy, które przetwarzam w obrazy. Widzę różne rzeczy na jawie i potem je realizuję. Przykładowo w „Onirice" jest scena z wołami orzącymi posadzkę w supermarkecie. Zobaczyłem ją wewnętrznym okiem na zakupach i wizja ta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Wiedziałem, że wykorzystam ją w filmie. Część z pojawiających się w „Onirice" obrazów jest wynikiem moich studiów nad Dantem; skutkiem przeżywania jego niezwykle wizualnego poematu. „Boska Komedia" prowokuje bardzo silne wizje; zagęszczają się w wersach poematu tak bardzo, że na skórze czuje się kolce, przez które człowiek się przedziera. Obrazy te odpowiadają echem we współczesności.

W czasie czytania „Boskiej komedii" uświadomiłem sobie, że znaczenie pewnych słów i metafor pochodzących z przeszłości pozostaje nieuchwytne dla współczesnych czytelników.

Im bardziej tekst jest tajemniczy i niejednoznaczny, tym mocniej angażuje naszą podświadomość. Wchodzimy w ten świat, w twórczą krainę. Stajemy się równoprawnymi partnerami. To w nas rodzą się obrazy; nadajemy im życie. Bez nas są tylko martwą literą. Zatapiając się w nie, stajemy się artystami.

Czy w „Onirice" pokazał pan to, co pan dostrzega, czytając Dantego?

Opowiadam o podróży przez własne inferno, przez swoje najgorsze przeżycia, i o powolnej wspinaczce górą czyśćcową do wyzwolenia, gdzie przewodniczką staje się nieżyjąca Beatrice. Ten motyw stanowi podstawę narracyjną w „Onirice", ale nie chcę interpretować filmu za widza. Jeżeli ktoś ogląda moje filmy, jest zaproszony do współuczestnictwa. Mówiąc szczerze, sam nie do końca rozumiem wielu z tych obrazów, choć powodują we mnie określone emocje. Mogę jedynie podejrzewać, co oznaczają. Sporo z nich mnie zaskoczyło.



Co było w nich dla pana zaskakujące?

Na przykład scena z jajkiem, którą tak zobaczyłem i w ten sposób zrealizowałem.

Co sprawia panu największe problemy w interpretacji dzieł Dantego?

Nie rozpatrywałbym tego w kategorii problemu. Celowo pewnych rzeczy nie chcę rozumieć. W patrzeniu na człowieka jestem realistą. Moje filmy są bardziej realistyczne niż np. telenowela, w której świat jest wypreparowany i zmanipulowany. Telenowela pokazuje jedynie wybiórcze i fragmentaryczne sytuacje, podczas gdy ja zanurzam się w skomplikowaną osobowość człowieka. Jest w panu więcej niewiedzy niż samowiedzy. We mnie - tak samo. Wiem o sobie niewiele i podejrzewam, że pan też. Czasami wydaje się, że ktoś inny ma o nas większą wiedzę, a tak naprawdę poruszamy się w ciemnościach. Akceptuję ten stan rzeczy - to niekoniecznie jest ułomność - człowiek nie musi wiedzieć wszystkiego. To wyraz jego lęku, z którym powinniśmy się pogodzić. Mówię o naturalnej funkcji naszego życia. Słynne filozoficzne pytania brzmią: „Skąd przychodzisz?", „Dokąd zmierzasz?" i „Kim jesteś?". To najtrudniejsze zagadnienia i prawdopodobnie nie poznamy na nie odpowiedzi. Jeżeli chodzi o trzecie pytanie, filozofowie od dawna powtarzają, że musisz je powiesić nad drzwiami do swojego świata i próbować znaleźć odpowiedź.

Kim pan jest?

Osobą skomplikowaną. Widać to, gdy obserwujesz sam siebie. Większość z nas boi się tej obserwacji.

Pan się nie boi?

Stopniowo w życiu pozbywałem się lęków, ale przesadą byłoby stwierdzenie, że zupełnie się ich pozbyłem.

Gdyby nie był pan odważy, nie realizowałby pan takich filmów.

Tak mówią.

Pan twierdzi inaczej?

Dla mnie to już jest droga bez wyjścia, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie jestem na to skazany, dokonałem wyboru i idę. To o wiele ciekawsze niż realizowanie z góry narzuconych mi scenariuszy. Mam na myśli bycie reżyserem do wynajęcia, jak to ma miejsce w Hollywood. Dostawałem stamtąd propozycje obcych mi tematów.

Onirica Lech Majewski
"Onirica" (reż. Lech Majewski) - kadr z filmu

Jakich?

Zrealizowałem film zatytułowany „Więzień Rio", opowieść o policjantach i złodziejach. Bardziej w tym filmie interesowało mnie Rio de Janeiro i karnawał. Produkcja, którą zleciła mi duża wytwórnia Columbia TriStar, przyniosła spore dochody. Otrzymywałem później oferty realizacji filmów w podobnym klimacie, ale odmawiałem. Nie daje mi to twórczej satysfakcji, jedynie prestiżową i finansową. Przysyłano po mnie Rolls-Royce'a z kierowcą w liberii i mieszkałem w zamku. Takimi przywilejami cieszyli się reżyserzy pracujący w wytwórni Pinewood. To wyższa półka luksusu, ale zrezygnowałem z niej, gdyż mogę robić jedynie to, co mnie interesuje i co wymaga pokory, małych budżetów, mieszkania w podłych hotelach i podróży drugą klasą. Ale to mała cena za możliwość realizowania samego siebie. Za bycie wolnym.

Dzięki temu powstały takie filmy jak „Onirica" czy „Ogród rozkoszy ziemskich". Zupełnie inaczej patrzy się na nie, gdy przeżywa się podobne dramaty i refleksje.

Chyba tak.

W „Teorii filmu" Siegfried Kracauer napisał, że „(…) uczyliśmy się w szkole o Gorgonie Meduzie, którego twarz była tak okropna, że jej widok obracał ludzi i zwierzęta w kamień. Gdy Atena kazała Perseuszowi zabić potwora, ostrzegła go, by nie ważył się spojrzeć w twarz Meduzy, tylko patrzał w jej oblicze w wypolerowanej tarczy".

Nietzsche powiedział: „Nie patrz w otchłań, bo ona spojrzy w ciebie". To właśnie ta meduza.

Kracauer dodał: „(…) Nie możemy widzieć oczywistych okropności (…) prawdę o nich możemy poznać tylko z obrazów, które je wiernie reprodukują (…) ze wszystkich istniejących mediów tylko kino trzyma lustro przed naturą".

Być może, ale nie zakładam, że to aż meduza. Tworzą ją raczej Austriacy. Filmy Michaela Haneke i Urlicha Seidla są bezwzględne i okrutne; pokazują przerażające okrucieństwo. Inna sprawa, że w kinie panuje obecnie znieczulica. Przypominało mi się moje zaskakujące spotkanie z Ritą Gombrowicz w Luwrze. Podeszła do mnie po projekcji „Młyna i krzyża" i powiedziała, że to najbardziej okrutny film, jaki kiedykolwiek widziała. Popatrzyłem na nią i odparłem, że chyba żartuje, bo o wiele okrutniejsze są choćby horrory. Machnęła ręką i odpowiedziała: „Tak, ale tamte to są tylko filmy".



Onirica Lech Majewski
"Onirica" (reż. Lech Majewski) - kadr z filmu

Czy dusze twórców żyją w ich dziełach, na przykład Dantego w „Boskiej komedii"?

A jak pan myśli?

Chcę wierzyć, że tak.

Oczywiście, że tak. Mało tego, żyją aktywnie. Przy „Onirice" rozmawiałem z człowiekiem, który tworzył siedemset lat temu. Często rozmawiałem również z Breughlem przy „Młynie i Krzyżu".

O czym?

O filozofii ukrywania i pokazywania.

W czym się ona objawia?

Wystarczy spojrzeć na jego obrazy. Ukrywa w nich najważniejsze rzeczy.

A pan?

Staram się postępować podobnie. Idę w przeciwną stronę, niż wymagana plakatowość dzisiejszych czasów, polegająca na stawianiu kawy na ławę. Dlaczego trzeba ukrywać? Bo to ma większą moc i znacznie silniej promieniuje.

Chociażby w „Onirice", w której dramat zwykłego człowieka zazębia się z „Boską komedią". Skąd wziął się ten pomysł?

To przerażające, że współczesne czasy chcą niszczyć wielkość człowieka. Przecież życie jest nam dane także w wymiarze mitycznym, symbolicznym i eschatologicznym. To od nas zależy, czy damy się przytłoczyć, żyjąc ochłapami, czy nie. Nie chcę rozmawiać z ludźmi głupimi, tylko z tymi, których cenię i podziwiam.

Kogo pan podziwia?

Na przykład Breughla. Dlatego spotkałem się z nim w swoim filmie.

Czy podziwia pan widzów?

Gdy ich znam. Niech pan nie opowiada mi o abstrakcji. Co to znaczy „widzowie"?

Rozmawiam z mistrzem abstrakcji, mimo tego realizmu.

„Widzowie" to abstrakcja. Jeżeli widzem jest pan albo ktoś inny, kto do mnie mówi, wtedy słucham go z uwagą. To konkretny człowiek, będący światem. Uważam, że widz jest twórcą, ponieważ wykazuje większą aktywność ode mnie. Ja już ten film wyreżyserowałem. To już przeszłość, podczas gdy widz tworzy mój film w chwili oglądania. Niedawno uczestniczyłem w Niemczech w dyskusji o „Młynie i krzyżu", którego dawno nie widziałem. Pierwotnie chciałem zobaczyć jedynie początek i sprawdzić, czy techniczne standardy kinowego pokazu są dobre. Miałem wyjść, ale film nieoczekiwanie mnie wciągnął. Okazało się, że zapomniałem większości scen. Patrzyłem na niego jak na twór kogoś innego. W czasie dyskusji po filmie ludzie zadawali mi pytania, tymczasem ja czułem się bardziej widzem niż twórcą. Przedziwne uczucie.

Często się to panu zdarza?

Nie, to był pierwszy raz.

Wraca pan do oglądania swoich filmów?

Unikam, ale są wyjątki jak ten w Niemczech. Kiedy miałem retrospektywę w Buenos Aires w ogromnym kinie, na „Angelusa" przyszło dwa tysiące osób. Zostałem na projekcji, żeby zobaczyć jak moja śląska opowieść sprawdzi się na drugiej półkuli. Ku mojemu zdumieniu reakcje Argentyńczyków były idealne. Bariera językowa i inna mentalność nie miały znaczenia. Paradoksalnie, gdy wyświetlano „Angelusa" w Katowicach, nikt się nie śmiał i nie reagował tak spontanicznie jak Argentyńczycy. W Ameryce Południowej moje filmy są bardzo dobrze odbierane. Dwa lata temu byłem gościem honorowym w Kolumbii, na festiwalu młodych twórców południowoamerykańskich i fotografowano mnie niczym białego niedźwiedzia w Zakopanem.

Trudno być prorokiem we własnym kraju?

Być może, ale kto wie, może mieszkańcy Ameryki południowej lepiej rozumieją realizm magiczny. Możliwe, że ich mentalność jest bardziej skierowana na poezję widzenia. Być może jestem dla nich orientalny i egzotyczny i trafia do nich ten rodzaj myślenia i obrazowania.

W Polsce nie jest pan należycie doceniany.

Mam inne zdanie na ten temat, ale chwała Bogu, że nie jestem w wyobraźni masowych widzów.

Oglądając „Oniricę", zastanawiałem się, jakie ma pan zdanie odnośnie Polski.

Pokazałem to w filmie.

Czy Polska pana wkurza?

Jak można tak mówić? To moja ojczyzna, najważniejsze dla mnie miejsce. Mówi pan o ludziach czy o polityce? Owszem, są wydarzenia, że ręce człowiekowi opadają, ale nie opowiadam o nich w incydentalnym tonie, tylko w duchu Dantego.

To budujące, że choć jest pan obywatelem świata, jednocześnie odczuwa pan dumę ze swojej polskości i ciągle do Polski wraca.

Tu się urodziłem i wychowałem. W Polsce przeżywałem geniusz młodości. Bycie młodym to formatywny okres, kiedy wszyscy czujemy się wielcy. Tylko co z tego potem zostaje? Na ile opanowuje nas lęk, a na ile odwaga?

Lech Majewski Onirica
"Onirica" (reż. Lech Majewski) - kadr z filmu

Pana opanowała odwaga?

Trudno powiedzieć. Być może tak.

Powróćmy do Polski, a konkretnie do Katowic. Francis Ford Coppola, będący pod wrażeniem muzyki do filmu „Dracula", zapytał Wojciech Kilara o jego inspiracje. Polski kompozytor odparł: „Żeby to zrozumieć, musiałbyś żyć w Katowicach".

Henryk Mikołaj Górecki opowiadał mi kiedyś, że dostał zamówienie na utwór dla New York Ballet. Poleciał tam, zakwaterowano go w luksusowym apartamencie hotelu Plaza, zainstalowano fortepian marki Steinway, a on chodził po Central Parku i się nim zachwycał; oczarowała go energia Manhattanu, ale w Nowym Jorku nie napisał ani jednej nuty. A wróciwszy do Katowic, od razu machnął cały balet. W konkluzji zapytał mnie, czemu tam nic nie napisał, a tu, na Śląsku, przyszło mu to jak z płatka. Odpowiedziałem, że sprawa jest prosta - tu, w Katowicach, mieszkamy nad pokładami węgla. A przecież węgiel jest skomasowaną energią słoneczną. Jest niejako negatywem słońca. A życie wszelką energię czerpie właśnie ze słońca.

Gdzie najlepiej pisze się panu scenariusze i książki?

Nigdzie. Nie lubię pisać. To ogromny wysiłek.

Lepiej reżyserować?

Tak, bo wówczas przebywasz z ludźmi. Kartka papieru jest bezwzględnym sprawdzianem. Piszę tradycyjnie - wiecznym piórem na papierze. W pisaniu prozy zdarzają się piękne momenty, gdy nagle nachodzi człowieka wewnętrzny głos i płynie przez niego muzyka słów, treści i sensu. Pracując nad scenariuszem, staram się ograniczać słowa do minimum - piszę białym wierszem. Dążę do stworzenia najkrótszego słownego komunikatu, który dawałby największą pojemność wizualną. To trochę ćwiczenie z poezji, a przecież zaczynałem jako poeta i malarz.

Powierzyłby pan swój scenariusz innemu reżyserowi?

Trudno powiedzieć. Życie chroni mnie przed takimi sytuacjami.

Jakie magiczne momenty przeżył pan na planie „Oniriki"?

Gdy filmowaliśmy w lesie nieruchome osoby i spanoramowaliśmy na korony drzew, drzewa zaczęły szaleć i kołysać się w nagłym podmuchu wiatru. Taki nagły kontrast. Innym razem dwa gołębie idealnie zagrały w scenie finałowej. Wszystko zgadzało się z ruchem kamery. To magia. Mam bardzo dobre relacje ze zwierzętami. To niesamowite, jak mnie słuchały sarny w czasie prac nad „Pokojem saren", choć to dzikie i kruche zwierzęta. Przedziwne rzeczy działy się na planie „Wojaczka". Córka poety, Dagmara, miała wrażenie, że wywołujemy duchy. Moje filmy są bliskie seansom spirytystycznym.

[Rozmawiał: Michał Hernes]