Oleszczyk z Toronto: a Oscara dostaje...

De Palma podaje seks w sterylnym opakowaniu perfekcyjnej formy, Wachowscy i Tykwer nakręcili wydmuszkę, a Tom Hanks i Robert De Niro są w drodze: pierwszy do sądu, drugi po Oscara. Wrażeniami z zakończonego właśnie festiwalu w Toronto dzieli się z wami specjalnie dla Stopklatki Michał Oleszczyk, tegoroczny laureat nagrody PISF dla krytyka roku i programer festiwalu "Off Plus Camera"

Jeśli publiczne pokazy festiwalowe - z ich ściskiem, aplauzem i obecnością gwiazd - są krwiobiegiem filmowych imprez, to pokazy prasowo-branżowe (Press & Industry) są ich układem limfatycznym: nie mniej ważnym, acz łatwym do przeoczenia. Na tegorocznym festiwalu w Toronto tak zwane pokazy P&I toczyły się spokojnym rytmem w cieniu kinofilskiego szaleństwa. Brak reklam przed seansami, wyraźnie podwyższone stężenie zblazowania i wszechobecne walk-outy dystrybutorów, którzy już po 20 minutach wiedzą, czy należy "kupować", czy nie. Wreszcie - last but not least - plemię zwane krytykami filmowymi, formujące opinie i nadające ton dyskusji już w kilka sekund po zakończeniu seansu, sprawnie wykuwające błyskotliwe Twitterowe bon-moty, od których zależeć będzie reputacja danego tytułu.

Toronto International Film Festival (TIFF) jest imprezą ogromną; największym przeglądem międzynarodowego kina w Ameryce Północnej, z ponad trzystoma tytułami (znakomita większość z nich to premiery). Co więcej, to tutaj zaczyna się oscarowe derby - amerykańskie wytwórnie pokazują, co mają najlepszego i wielokrotnie bywało tak, że faworyci Amerykańskiej Akademii Filmowej debiutowali właśnie w Toronto (w ostatnich latach dotyczyło to między innymi "Jak zostać królem", "Spadkobierców" i "Moneyball", a wcześniej "American Beauty").

Także i w tym roku nie brakowało zawodników pierwszoligowych. Część z nich pojawiła się już na innych festiwalach (jak "The Master" Paula Thomasa Andersona, czy "To the Wonder" Terrence'a Malicka), a część ujrzała światło projektora dopiero na TIFF-ie ("Frances Ha" Noah Baumbacha, "Cloud Atlas" rodzeństwa Lany i Andy'ego Wachowskich i Toma Tykwera). Nie ulega wątpliwości, że wielu faworytów festiwalowych trafi pod kuratelę wuja Oscara.

Dotyczy to zwłaszcza filmu Andersona, który poraża ambicją i konfunduje formą. Tyleż intensywny co epizodyczny, pozbawiony wyrazistej struktury "The Master" stanowi kolejne potwierdzenie faktu, że ojciec "Boogie Nights" jest być może najbardziej ekscentrycznym twórcą amerykańskiego kina dnia dzisiejszego. Opowieść o przywódcy sekty zwanej Sprawą (Philip Seymour Hoffman) i jego wiernym uczniu (Joaquin Phoenix) bywa traktowana jako wyrafinowana satyra na scjentologię, ale wypada najlepiej jako portret konwulsyjnych przemian świadomości amerykańskiej w dobie powojennej. Dobrobyt idzie w niej ręka w rękę z moralną paniką i potrzebą autorytetu, uosobionego tu przez mesjasza-kabotyna. Film jest opowiedziany tak dziwacznie, bez żadnej troski o budowanie napięcia i z takim umiłowaniem przeszywającego detalu, że nie zdziwiłbym się, gdyby poniósł totalną porażkę kasową i awansował do filmowego kanonu w jednym i tym samym momencie.

Co najmniej dwa tytuły stanowiły świetny przykład kinowego manieryzmu - zarówno "To the Wonder" Malicka, jak i "Passion" Briana De Palmy (powrót po pięcioleciu!) to dzieła, których wartość opiera się niemal całkowicie na uprawianym z wielką konsekwencją stylu autorskim. Trudno o światy bardziej odległe, niż unurzana w perwersji opera De Palmy i utkany z impresji filozoficzny poemat Malicka - a mimo to w obydwu filmach daje się wyczuć styl starych mistrzów, którzy właściwe sobie tylko światy potrafią nakreślić od ręki, jakby od niechcenia.

"To the Wonder" został niemalże wygwizdany w Wenecji, podczas gdy mnie wydało się, że to najlepszy film Malicka od "Cienkiej czerwonej linii". Opowieść o transatlantyckim romansie i nieuchronnym zderzeniu mentalności amerykańskiej i europejskiej sięga po tematy, które reżyser wałkował już w "Podróży do nowej ziemi", ale kluczowym zabiegiem najnowszego filmu jest umieszczenie akcji w czasach nam współczesnych. Z wyjątkiem (okropnych zresztą) fragmentów "Drzewa życia", w których ucharakteryzowany na zombie Sean Penn błąkał się po szklanych graniach wieżowców i przechadzał piaskami symbolicznej plaży, Malick nigdy nie nakręcił filmu o współczesności. Jego sposób filmowania kremowych fasad Paryża, z nagłym przeskokiem do amerykańskiego bezkresu (dotyczącego tak ziemi, jak i długości alejek w supermarkecie) poraził mnie wizualną trafnością. "To the Wonder" to historia wielokrotnego niedopasowania (także erotycznego), wychylona - zgodnie z tytułem - w stronę wieczności i postrzegająca ludzi jako wiecznie potrzebujących zbawienia.

Jako się rzekło, "Passion" to antypody Malicka - u De Palmy człowiek nie chce uwznioślenia, tylko przyjemności, najlepiej splamionej krwią. Rachel McAdams i Noomi Rapace są idealnymi marionetkami w rękach starego majstra od wyrafinowanej stylizacji, przerabiającego zresztą cudzy film ("Crime d'amour" Alaina Corneu, którego nie widziałem). Historia zazdrości, homoerotycznego pożądania, pieniędzy i zemsty jest perwersyjna i chłodna zarazem, a De Palma dowodzi, że nic nie interesuje go tak bardzo, jak seks podany w sterylnym opakowaniu perfekcyjnej formy.

David O. Russell nie ma reputacji takiej, jak poprzedni dwaj reżyserzy, ale zaskarbił sobie miejsce w historii amerykańskiej komedii dwoma arcydziełami z lat dziewięćdziesiątych: "Spanking the Monkey" i "Flirting with Disaster". W zasadzie z każdym kolejnym projektem Russell skręcał coraz to ostrzej w stronę lukrowanego Hollywoodu, a pokazane w Toronto "Silver Linings Playbook" są jego najbardziej komercyjnym projektem. Nic dziwnego, że nagroda publiczności powędrowała właśnie do niego: nakręcił rewelacyjnie zagrany, chwilami wybuchowo śmieszny rodzinny melodramat o psychicznie niezrównoważonym zazdrośniku (Bradley Cooper), który pod koniec staje się idealnym synem i kochankiem. Taki "Fighter", tyle że z tańcem w miejsce boksu - świetnie zrobiony, ale rażący finałową woltą spod znaku bezproblemowego rodzinnego ogniska. Co więcej, jako że Russell sprezentował rok temu Oscara Melissie Leo za rolę strasznej mamuśki z "Fightera", już teraz przewiduję, że analogicznego zaszczytu doświadczy Robert De Niro za występ w filmie najnowszym. Jego owładnięty obsesją futbolu tata jest małą perełką, skrojoną w sam raz pod gusta Akademii.



W Toronto było mnóstwo filmów, w których błyszczeli wybitni aktorzy - Terence Stamp, który niegdyś rozbijał mieszczańskie złudzenia w "Teoremacie" Pasoliniego, dziś te złudzenia podsyca w ciepłej komedii geriatrycznej Paula Andrew Williamsa pt. "Song for Marion". Tak oto "Dziewczyny z kalendarza" spotykają "Koncert na 50 serc" - chóralny śpiew odgania chmury nadchodzącej śmierci, a stary opryskliwy gbur Stamp uczy się na nowo uśmiechać po odejściu małżonki (Vanessa Redgrave, alias "Oscar w kieszeni"). Film jest skazany na sukces: wyreżyserowany od linijki, zagrany koncertowo i zaprogramowany, by rozgrzać serca jak herbata z malinową konfiturą. Nawet mój wewnętrzny cynik wzruszył się kilka razy i mimo że nie jest to moje kino, z radością oglądałem tour de force Stampa, który jest tu po prostu fantastyczny.

Z pozytywnych zaskoczeń: norweskie "Kon-Tiki" zaczęło się jak nudny biopic legendarnego podróżnika Thora Heyerdahla, by następnie zmienić się w pasjonującą i spektakularną przygodę morską, którą oglądałem (dosłownie!) z otwartymi ustami. Znakomicie nakręcony film przygodowy - i norweski oscarowy pewniak zarazem. "Imagine" Andrzeja Jakimowskiego, mimo kilku kluchowatych scen jadących na czystej sacharynie, pod koniec niemal mnie zachwyciło. Rodzaj "Stowarzyszenia umarłych poetów" rozegranego w szkole dla niewidomych, film konsekwentnie buduje swój własny język i pod koniec nie zauważamy nawet, jak daleko poza granice rozsądku Jakimowski nas zaprowadził. Na przemian pretensjonalny i zdumiewająco piękny, "Imagine" to jeden z najciekawszych filmów podpisanych przez polskiego twórcę w ostatnich latach.

Wszyscy bodaj zgodzili się, że największą katastrofą TIFF-u był "Cloud Atlas": wspomniana wcześniej monumentalna wydmuszka Wachowskich i Tykwera, w której zespół aktorski wciela się w multum ról rozegranych na wielu poziomach historii i fantazji, opowiadanych (jak niegdyś u Griffitha w "Nietolerancji") jednocześnie. Hiper-epicka, trzygodzinna, starająca się prześcignąć Biblię opowieść o powolnym wyzwalaniu się ludzkiego ducha z łańcuchów lęku na przestrzeni tysiącleci w pewnym sensie korespondowała z obietnicami składanymi przez sekciarza "The Master" - z tą wszakże różnicą, że trio reżyserów WWT woli ton prorocki, niż krytyczny. Upstrzony niezamierzonym komizmem, żenujący nieudolną charakteryzacją wielu aktorów (Tom Hanks ma moim zdaniem podstawy do pozwu sądowego), "Cloud Atlas" zawarł krytykę samego siebie już w pożyczonym z książkowego oryginału tytule. Ten mocarz nie dźwiga nic poza oparami chybionej pretensji.



Filmem, który dostarczył mi w Toronto najwięcej przyjemności, był dokument Spike'a Lee pt. "Bad 25", celebrujący ćwierćwiecze wydania tytułowego albumu Michaela Jacksona. Długi, misterny hołd jednego artysty dla drugiego, zbudowany z arcyciekawych wywiadów i po mistrzowsku zmontowany, dokonał niemożliwego. Siedząc na pokazie dla branży, otoczony tłumem zblazowanych insiderów, nagle zdałem sobie sprawę, że cała sala się porusza. Michael wyrzucał z siebie czystą muzyczną adrenalinę "Smooth Criminal", a widownia zaczęła się kołysać w tę i we w tę. Jeszcze trochę, a rozpoczęlibyśmy nasz własny numer muzyczny. Film musi być wielki, jeśli przyspiesza puls bandy dystrybutorów, pismaków i zawodowych narzekaczy - mam tylko nadzieję, że już wkrótce Michael i Spike zagoszczą i na naszych ekranach.


Michał Oleszczyk