• Małgorzata Steciak
    Małgorzata Steciak

Aleksandra Popławska na planie "Zbrodni" [wywiad]

Półwysep Helski poza sezonem ma zupełnie inną aurę niż w okresie wakacji. To miejsce pełne terenów wojskowych, bunkrów. Słyszałam, że w okolicy wciąż są niebezpieczne pola minowe. Takie "atrakcje" stanowią niezwykle wdzięczne tło dla serialu, w którego centrum stawiamy zbrodnię i tajemnicę – mówi Aleksandra Popławska, którą od 15 października możemy oglądać w serialu AXN "Zbrodnia".

Aktorka opowiada nam o pracy nad serialem, o trudnościach, z jakimi musi zmierzyć się kobieta w zmaskulinizowanym świecie filmu oraz o wspólnych próbach z mężem w samym środku Puszczy Kampinoskiej.

Małgorzata Steciak: "Zbrodnia" to kolejny po "Watasze" serial kryminalny, w którym wciela się pani w stanowczą kobietę w garsonce. Lubi pani takie role?

Aleksandra Popławska: Rzeczywiście często jestem obsadzana w rolach silnych, zasadniczych kobiet w ołówkowych spódnicach, których nie cierpię i szpilkach, na których nie umiem chodzić [śmiech]. Skoro jednak zwykle przyjmuję takie propozycje, to chyba muszę lubić takie bohaterki? To oczywiście zależy od projektu. W prokurator Idze Dobosz z "Watahy" bardzo mi się podobał jej chłód i dystans. To była bardzo niemiła kobieta, ale w gruncie rzeczy nie mogła być inna, skoro miała do czynienia z typami spod ciemnej gwiazdy. W "Zbrodni" moja rola jest zdecydowanie skromniejsza. Seria ma tylko trzy odcinki, więc materiału jest znacznie mniej. Jestem jedną z podejrzanych, istnieje ryzyko, że zamordowałam.

Bieszczady zamieniła pani na Półwysep Helski.

Cieszę się, że takie produkcje powstają, bo zarówno "Wataha" jak i "Zbrodnia" są niezwykle interesujące nie tylko ze względu na formułę kryminalną, ale i miejsce akcji. Półwysep Helski poza sezonem ma zupełnie inną aurę niż w okresie wakacji. To miejsce pełne terenów wojskowych, bunkrów. Słyszałam, że w okolicy wciąż są niebezpieczne pola minowe. Takie "atrakcje" stanowią niezwykle wdzięczne tło dla serialu, w którego centrum stawiamy zbrodnię i tajemnicę. Podobnie jest w Bieszczadach, które "grały" w "Watasze": to miejsce nieomal magiczne; wyludnione, otulone mgłą. Jeśli odpowiednio wcześniej wyjedzie się na plan – a zdarzało nam się nawet o 4 nad ranem – na drodze zdarza się zobaczyć wilki..

W Helu na wydmach można wieczorami spotkać dziki.

Tak? One pojawiają się ostatnio nawet w centrum Warszawy. Przysięgam, kilka miesięcy temu dwie moje koleżanki, spacerując przez centrum miasta, zobaczyły dwa dziki! Dziewczyny były już po kilku drinkach, ale po szybkim sprincie przez ulicę Książęcą momentalnie wytrzeźwiały [śmiech].

Mam wrażenie, że twórcy polskich seriali ostatnio na potęgę uciekają z miast w poszukiwaniu prowincjonalnej egzotyki.

To bardzo dobrze, bo filmowa Polska jest w dalszym ciągu w dużej mierze nieodkryta. Powstało wiele produkcji na Śląsku, skąd pochodzę, pojawiają się Mazury, ostatnio Bieszczady czy Hel. Zawsze przeniesienie akcji w nieoczywistą przestrzeń nadaje serialowi pewnej świeżości, oddechu. Pierwszą serię "Zbrodni" oglądałam z dużą przyjemnością. Akcja nie toczy się tu wartko jak w serialu sensacyjnym. Napięcie pulsuje podskórnie, a atmosfera niepokoju widoczna jest także w scenerii.

Pani chyba też nie przepada za miastem? Mieszka pani poza Warszawą.

Mieszkam w Puszczy Kampinoskiej, więc łosie, dziki spotykam niemal za każdym razem, kiedy wybieram się na spacer. Mogę zawędrować w sam środek lasu i kompletnie się wyciszyć. Albo krzyczeć z całych sił wiedząc, że nikt mnie nie usłyszy. To luksus, na jaki nie mogłabym sobie pozwolić w centrum miasta. Bardzo potrzebuję takiego oddechu. Kiedy jestem w mieście, wszystko mi przeszkadza. Wolę mieć dookoła siebie przyrodę.

Wspólnie z mężem, Markiem Kalitą, wykonujecie ten sam zawód. Jak wasza praca wpływa na życie prywatne?

Czasami czytamy swoje scenariusze, ćwiczymy podczas spacerów w naszej puszczy [śmiech]. Ostatnio mój mąż zagrał kardynała Wyszyńskiego w "Zaćmie" Ryszarda Bugajskiego, a chwilę później przy okazji współpracy z Bogusławem Wołoszańskim przy "Sensacjach XX wieku" wcielił się w Heinricha Himmlera. Obserwowanie, jak przebiega u niego transformacja ze świętego w jednego z największych zbrodniarzy w historii, była niesamowitym doświadczeniem.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
  • zdjęcie nr.11

Kiedy ćwiczycie razem swoje kwestie, mówicie wprost o błędach i potknięciach?

Jesteśmy wobec siebie szczerzy, ale przede wszystkim staramy się nawzajem wspierać. Nie poświęcamy zresztą na te wspólne próby zbyt wiele czasu. Nie oglądamy też wszystkich swoich filmów i seriali. Mój mąż nie widział np. "Watahy", bo najzwyczajniej w świecie nie miał czasu. Mnie też nie zawsze udaje się być na bieżąco z jego rolami. Czasami musi mi wystarczyć to, co obserwuję w domu. Ostatnio były to głównie błogosławieństwa [śmiech].

Aktorom nie jest trudniej wykonywać zawód z dala od miasta?

To jest bardzo sprytnie wymyślone, bo Puszcza Kampinoska jest jednak blisko Warszawy [śmiech]. Jak zatęsknię za cywilizacją, wsiadam w autobus, dojeżdżam do metra i już jestem w środku stolicy. Ale to prawda, często role zdobywa się przesiadując w jakiejś knajpie w centrum. Być może przez to coś mi umyka, nie wiem.

Na brak ciekawych propozycji pani nie narzeka. W ostatnim roku widzieliśmy panią w bardzo różnych rolach – obok prokurator Dobosz z "Watahy" wcieliła się pani w prawniczkę Monikę w komediowym "Nie rób scen" oraz w Małą Metalową Dziewczynkę w "Między nami dobrze jest" Grzegorza Jarzyny. Na premierę czeka też "Ederly" Piotra Dumały, w którym gra pani jedną z głównych bohaterek.

To prawda, ostatnio nie mam czasu absolutnie na nic. Po "Zbrodni" miałam zdjęcia do kolejnej komedii romantycznej, potem pracuję nad "Belfrem" dla Canal+, oprócz tego reżyseruję spektakl w Jeleniej Górze. Bardzo się cieszę że mam okazję spróbować swoich sił w różnych gatunkach.

Skąd u pani zainteresowanie reżyserią?

Mam wrażenie, że zawód aktora w pewnym momencie się wyczerpuje i trzeba sobie szukać alternatyw. Reżyseria otwiera zupełnie nowe możliwości. Aktor zawsze będzie do pewnego stopnia wyłącznie odtwórcą, nie ma kontroli nad kadrowaniem, oświetleniem, tekstem. Jest narzędziem w rękach reżysera, który przelewa na dzieło swoją autorską wizję.

Czego pani brakuje w polskim kinie?

Marzy mi się, aby w polskim kinie zobaczyć w głównej roli dojrzałą kobietę. U nas taka bohaterka jest zwykle kwiatem do kożucha – matką, żoną albo kochanką. Ma przede wszystkim ładnie wyglądać, pokazuje się na chwilę, by stanowić wdzięczna tło dla męskiego protagonisty, który dźwiga na barkach całe scenariuszowe "mięso".

Ostatnio dużo się mówi o trudnej sytuacji kobiet w branży filmowej. Czuje pani, że jest inaczej traktowana ze względu na płeć?

Te dysproporcje widać niestety nawet w świecie teatru. Kiedy przychodzę na rozmowę w sprawie roli, czuję, że jestem nieco inaczej traktowana niż moi koledzy. Pojawiają się dwuznaczne żarciki, dygresje. Nie rozmawiamy o konkretach, nie pyta się mnie rzeczowo o moją wizję, ale o to, dlaczego na przykład nie przyszłam w szpileczkach. Absurd.

Na planie "Ederly" Piotra Dumały poznałam 81-letnią Heleną Norowicz, fascynującą kobietę, wciąż niebywale aktywną zawodowo. Dlaczego na przykład ona nie miałaby zagrać ciekawej, zniuansowanej roli? No, Danusi Szaflarskiej się udało, dostała nagrodę w Gdyni za "Pora umierać", kiedy dobiegała setki.

Kilka lat temu nagrodę zdobyła także Krystyna Feldman za "Mojego Nikifora".

Tak, ale proszę zauważyć, że za rolę mężczyzny [śmiech].

fot. Aleksandra Popławska w serialu "Zbrodnia", © Marcin Makowski /AXN CE.​

[Małgorzata Steciak]