• Kuba Armata
    Kuba Armata
Alvin i Wiewiórki: Wielka wyprawa
  • 3.8
  • 9
Alvin i Wiewiórki: Wielka wyprawa

"Alvin i wiewiórki: Wielka wyprawa" ("Alvin and the Chipmunks: The Road Chip"), reż. Walt Becker (2015)

Idealne dla: fanów poprzednich części "Alvina i wiewiórek"

Czwórka najwyraźniej nie jest szczęśliwą cyfrą. A na pewno nie dla Alvina i spółki, znanych szerszej publiczności jako... śpiewające wiewiórki. Bo to, co jeszcze przed kilkoma laty było zabawne i oryginalne, już takie niestety nie jest. Trudno się jednak dziwić, skoro twórcy, na czele ze scenarzystami, postanowili pójść na łatwiznę i najzwyczajniej odcinać kupony od wcześniejszego sukcesu. A że widzowie, zwłaszcza ci młodzi, bywają pamiętliwi, no cóż - nie ma zmiłuj.

Fabuła jest tu tak prosta, że już prostsza chyba być nie może. Oto Dave, opiekun, a zarazem menedżer tytułowej gromadki, postanowił wreszcie dorosnąć i się ustatkować. Problem w tym, że nastoletni syn wybranki najwyraźniej nie przypadł do gustu jego podopiecznym, którzy ewentualne życie pod jednym dachem pojmują jako jedno wielkie pasmo udręk. Kiedy zatem mężczyzna planuje zabrać Samanthę na krótkie wakacje, na przeczuwających najgorsze małych bohaterów pada blady strach. Wsparcie zastępuje zatem sabotaż, a budowanie przyszłych braterskich relacji - wzajemne docinki i złośliwości. Hmm, brzmi znajomo? Dla starszego, wytrawnego widza - z pewnością. Bo wychodzi na to, że to taka animowana i ugrzeczniona wersja klasyka sprzed kilku lat, czyli "Braci przyrodnich" Adama McKaya. Paradoksalnie to właśnie dorosły widz, a do tego kinoman, doceni jeden jedyny zabawny żart w całej produkcji, który jest udziałem samego Johna Watersa. Lepiej jednak, żeby po seansie młodzi widzowie nie dopytywali rodziców o "Różowe flamingi", a to niewykluczone, wszak tytuł ten z ust (pyszczków?) wiewiórek pada.

Oglądając kolejną część "Alvina i wiewiórek", miałem wrażenie, że to taka animacja skrojona na dzisiejsze czasy. I nie jest to niestety komplement. Całość przypomina jeden wielki teledysk rodem z MTV, a scenariuszowe mielizny starają się przykryć kolejne muzyczne numery. Bo animacja to niemal od zawsze z jednej strony rozrywka, ale z drugiej edukacja. By wspomnieć o klasycznych filmach Disneya czy chociażby tych ze studia Pixar. W przypadku filmu Walta Beckera ta proporcja zdaje się być mocno zachwiana. Czy komuś się on spodoba - kwestia gustu, ale wychować, raczej nikt na nim się nie wychowa.                 

[Kuba Armata]