"Anioł śmierci" (recenzja): mroczny styl i klasa

 
"Anioł śmierci" ("The Woman in Black 2 Angel of Death"), reż. Tom Harper (2015)
 
Ilekroć w horrorze pojawia się małe dziecko, można być prawie pewnym, że nawiąże ono kontakt z paranormalną zjawą, a dorośli pozostaną, do pewnego czasu, obojętni na wszelkie złowrogie symptomy. W "Aniele śmierci" jest podobnie, ale przytoczony schemat dawno nie był przedstawiony tak stylowo, ze smakiem, mrocznie oraz tajemniczo.
 
Za to odnoszące się do najlepszych brytyjskich opowieści o duchach dzieło odpowiada legendarne studio Hammer Films. Przed swoim upadkiem w latach 80. przeniosło na ekran postacie Draculi czy Frankensteina, tworząc kultowe filmy grozy ze znanymi monstrami obsadzonymi w głównych rolach. Wraz ze swoim odrodzeniem w XXI wieku i wyprodukowaniem "Kobiety w czerni" studio kontynuuje tradycję horroru gotyckiego.
 
Przez częściowo zasypane gruzem ulice ku dworcowi kolejowemu podążają dzieci z sierocińca, a wraz z nimi dwie nauczycielki. Jest rok 1941, trwa wojna. W angielskim mieście nie jest bezpiecznie i trzeba z niego wyjechać, najlepiej do leżącego daleko wśród wrzosowisk opuszczonego dworku. Wojska nieprzyjaciela nie będą miały tam czego szukać, ale duchy matek szukające zguby innych już tak.
Tym co najlepsze w "Aniele śmierci" jest to, że nie sili się na tanie straszenie poprzez pokazywanie wyskakujących zza węgła maszkar połączone z mocnym akcentem muzycznym. Podobnych zabiegów wywołujących silne, ale krótkotrwałe skoki ciśnienia jest tu niewiele, a całość zbudowana jest raczej na nieustającej atmosferze tajemniczości i niepokoju. Nie intensywność, a właśnie nieśpieszność akcji wywołuje największe napięcie i uczucie grozy. 
 
Mroczny klimat unoszący się nad domostwem Eel Marsh Harsh i okolicznymi terenami jest doskonale przedstawiony, jednak cień nocy, którym przykryta jest filmowa prowincja, potrafi być zbyt intensywny, przez co rozgrywające się sceny mogą być mało czytelne. Realizm tego jak może wyglądać poruszanie się w środku nocy po starym nawiedzonym domu zrealizowano perfekcyjnie, ale bywa, że pojawia się lekka irytacja związana z widokiem mocno przyciemnionego ekranu. 
 
W chwilach wytchnienia od straszenia widza twórcy przemycają w "Aniele śmierci" wątek miłosny, a bohaterom ofiarują kilka traum z przeszłości. Nie wypada to najgorzej, ale nie jest też szczególnie przejmujące, zwłaszcza, że główna rola męska odegrana jest nieco sztucznie i płasko. Okazuje się zatem, że w tym stylu i klasie obrazu znajduje się trochę plastiku, ale jest go na tyle mało, że to właśnie szyk jest najbardziej widoczny, a "Anioła śmierci" już teraz można uznać za jeden z najlepszych horrorów tego roku i za niezaprzeczalny triumf Hammer Film.
 
[Robert Skowroński]