"Bezwstydny Mortdecai" ("Mortdecai"), reż. David Koepp (2015)

Lata temu posiadanie wąsów było stylistyczną petardą. Moda na zarost wśród panów powróciła, jednak trend z pewnością za jakiś czas znowu stanie się tylko wspomnieniem. I tak też David Koepp wraca na wielki ekran swoim "Bezwstydnym Mortdecaiem", który częścią zapomnianej przeszłości powinien stać się szybciej niż trwa ogolenie się.

Każda fortuna posiada swoje dno. Na własnej skórze przekonuje się o tym tytułowy bohater (Johnny Depp) - obracający się w półświatku handlarz dzieł sztuki, dla którego, wraz z ogromnym zadłużeniem, przyszły chude czasy. Krążą jednak słuchy o odnalezieniu zagubionego obrazu Goi o niewiarygodnej wartości. Informacją tą zainteresowanych jest wielu kolekcjonerów sztuki, którzy są zdolni zabić za zdobycie dzieła malarza. Do akcji wkracza też brytyjska Służba Bezpieczeństwa z agentem Martlandem na czele (Ewan McGregor), który werbuje Mortdecaia do pomocy przy odszukaniu płótna.

Film Koeppa jest tak samo smacznym daniem, co okruchy po posiłku, które osadziły się na zaroście. Historia oparta na powieści autorstwa Kyrila Bonfiglioliego poziomem humoru i zabawy dorównuje lordowskim spotkaniom przy herbacie. Zabawnych scen znajdziemy tu zaledwie kilka, zdecydowany prym wiodą slapstickowe gagi rodem z najgorszych komedii minionych dekad oraz perwersyjno-fekalne dowcipy. Wymiociny jako broń w trakcie pościgu samochodowego, wstydliwy wzwód, śliniący się na widok Gwyneth Paltrow dziadek - słowem, postępujące z minuty na minutę zażenowanie poziomem humoru filmu. Jeżeli możemy tu mówić o "bezwstydności", to tylko względem twórców, którzy poprzez obsadzenie kilku znanych twarzy próbują wcisnąć widzom zwykłą szmirę.

Od paru lat w filmografii Johnny'ego Deppa brakuje naprawdę dobrego dzieła. "Mortdecai" jest tylko potwierdzeniem tej smutnej tezy. Dzieło Koeppa wpisuje się w dotychczasowe emploi aktora. Ponownie ma on okazję wcielić się w cudacznego ekscentryka i choć jego postaci brakuje budzących śmiech kwestii, to sam bohater, nakreślony grubą jak belka kreską, został dobrze przedstawiony przez Deppa. Jego karykaturalność, przesadna mimika i specyficzne słownictwo wygłaszane z brytyjskim akcentem to najjaśniejsze strony filmu. To jednak za mało, by wznieść "Bezwstydnego Mortdecaia" na wyżyny, a nawet na więcej niż kilka centymetrów od dna. Reszta obsady pozostaje w tyle za Deppem - gra Paltrow jest nużąca, zapamiętać można tylko jej nienaganną sylwetkę, zaś nieszczęśliwie zakochany w niej bohater McGregora jedynie krąży zadumany po różnych lokacjach.

Obecne w "Bezwstydnym Mortdecaiu" odniesienia do retro stylistyki skąpanej w niedorzecznym komediowym sosie mogą przypominać "Austina Powersa". Jednak film Mike'a Myersa wraz ze swoim absurdem i domieszką szowinizmu niósł duże pokłady humoru. Koeppowi brak talentu do rozśmieszania i zdaje się, że potrafi grać tylko na utartych stereotypach - Amerykanie są wulgarni, kobiety sprowadzone są do swojej seksualności, zaś Azjaci to wyłącznie członkowie Triady albo Yakuzy. W kwestii wyróżnień "Bezwstydny Mortdecai" może liczyć jedynie na okrzyknięcie go jednym z najgorszych filmów 2015 roku, bo od seansu włos jeży się na głowie, a nawet na wąsie.
 
[Robert Skowroński]