• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Śmietanka towarzyska
  • 0
  • 1
Śmietanka towarzyska

"Café Society", reż. Woody Allen (2016)

Idealne dla: fanów Woody'ego Allena, którzy bez względu na okoliczności wciąż wiernie przy nim trwają 

Woody Allen może i kręci serial dla Amazon z Miley Cyrus, ale jeszcze za wcześnie na to, żeby ogłaszać rewolucję: jego najnowsze dzieło jest... dokładnie takie, jak zwykle. "Café Society" przypomina trochę początkującą żydowską prostytutkę graną przez Annę Camp - brak mu osobowości, ale ma wystarczająco dużo uroku, żeby przymknąć oko na dłużyzny i dziwaczną perukę Corey'a Stolla. Cytując piosenkę Cole'a Portera: it's delightful, it's delicious, it's de-lovely.

Lata 30. Nieśmiały Bobby (Jesse Eisenberg) po raz pierwszy w życiu opuszcza ciasny rodzinny dom i, jakżeby inaczej, rusza do Hollywood szukać szczęścia. A raczej pracy u zamożnego wuja (Steve Carell) - jednego z najbardziej rozchwytywanych agentów gwiazd. Kiedy poznaje jego młodziutką sekretarkę Vonnie (niezła Kristen Stewart), wyjątkowo odporną na magię fabryki snów, szybko zaczyna planować wspólną przyszłość. Nie wie jednak, że życie osobiste jego ukochanej jest znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
  • zdjęcie nr.11
Kadry z filmu "Café Society", reż. Woody Allen

"Café Society" to nakręcona przez samego Vittorio Storaro, legendarnego włoskiego autora zdjęć filmowych, skąpana w złotawym odcieniu sepii słodko-gorzka bajka o zawiedzionych nadziejach. I decyzjach, które podejmuje się pod wpływem chwili tylko po to, by następnie latami podawać je w wątpliwość. Nic dziwnego - w końcu zgodnie z filozofią Allena i wygłaszanym w filmie stwierdzeniem, życie to komedia autorstwa wyjątkowo sadystycznego pisarza. Każdy, kto choć raz usiłował samodzielnie upiec suflet, na pewno się z tym zgodzi. 

Sam Woody ogranicza się tym razem tylko do narracji; w roli, którą kilkadziesiąt lat temu sam by zagrał, zdecydował się obsadzić Jesse Eisenberga. Aktora, który w przeciwieństwie do Kennetha Branagha czy biednego Joaquina Phoenixa najwyraźniej urodził się po to, by grać w jego filmach, a nie przeszkadzać superbohaterom w ich codziennej pracy - jako nerwowy romantyk z Bronksu wypada wyjątkowo naturalnie. Tym większa szkoda, że inne postaci, zwłaszcza kobiece, wydają się ledwie naszkicowane. Może z wyjątkiem przemykającej gdzieś chyłkiem nowojorskiej rodziny Barry'ego, do złudzenia przypominającej bohaterów "Złotych czasów radia". Zasługują na osobny film - zapewne byłby o wiele ciekawszy.

Ale to już było i nie wróci więcej - śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz. Najwyraźniej nie widziała zbyt wielu filmów Woody'ego Allena. Nie da się jednak ukryć, że pozbawione ukochanych przez niego jazzowych standardów i bohaterów, którzy w wolnych chwilach dyskutują o Bogu lub oglądają filmy z Barbarą Stanwyck kino byłoby znacznie uboższe. Traktuj każdy dzień, jakby był twoim ostatnim. Pewnego dnia okaże się, że masz rację - stwierdza w pewnym momencie jeden z bohaterów. W przypadku filmów Allena jest chyba dość podobnie - pewnie dopiero kiedy ich zabraknie, wszyscy nagle za nimi zatęsknią. 

[Marta Bałaga, 69. Festiwal Filmowy w Cannes]