"Cha và con và" (recenzja): piękno destrukcji

 
"Cha và con và", reż. Di Phan Dang (2015)
 
Di Phan Dang opowiada o rozpadzie relacji międzyludzkich i głupotach młodości. Tworzy świat, którego spokój, na naszych oczach, ulega gwałtownemu załamaniu. Film wietnamskiego reżysera urzeka warstwą wizualną za sprawą płynnego i teledyskowego chwilami montażu. 
 
Główny bohater dostaje od ojca pierwszy aparat fotograficzny. Z zaciekawieniem śledzi przyjaciół przy pracy, by robić im zdjęcia. Ojciec już planuje jego ślub, jednakże sam Vu nie chce o tym myśleć i ucieka z prowincji do miasta. Między innymi dlatego, że nie interesuje się kobietami, a swoje serce oddał starszemu od siebie Thangowi. Mężczyzna handluje narkotykami i spotyka się z piękną, lecz zagubioną tancerką klubu nocnego, Van. Dziewczyna sekretnie marzy o karierze baletnicy. Pomiędzy bohaterami rodzi się osobliwy trójkąt, bardziej egzystencjalny niż seksualny. Vu, Thang i Van wspólnie rozmawiają, wygłupiają się, żyją tu i teraz. Bez jakiegokolwiek respektu dla przyszłości.
 
Trudno precyzyjnie zrekonstruować fabułę "Cha và con và". Większość scen wydaje się jedynie pretekstem dla wizualnych popisów, tak jak w przypadku zmysłowej sekwencji "ciał walczących w błocie". Niewątpliwie klimat filmu Wietnamczyka zniewala widza, każe mu popaść chwilami w narkotykowy trans wizualny. Montaż i sposób prowadzenia kamery przywodzi na myśl wczesne filmy Wong Kar Waia połączone z dziełami francuską nowej fali. W filmie Di Phan Danga jest zresztą scena, która wprost odsyła do "400 batów" Truffauta.
 
Reżyser przyznaje się do fascynacji literaturą europejską, w szczególności powieściami Franza Kafki. Rzeczywiście w jego filmie - tak jak u autora "Procesu" - piętrzą się absurdy, które ograniczają możliwości działań bohaterów. Wietnamski reżyser naznacza bolesną skazą głównego bohatera, który niszczy siebie, swoje życie i relacje z ojcem, w imię uczucia i potrzeb swojej odmiennej seksualności. W jednym z wywiadów Di Phan Dang powiedział, że niewinne istoty nie mogą tak po prostu trwać, muszą ulec żywiołowi autodestrukcji. Piękno musi ulec zagładzie, musi zostać skażone poprzez trudy odnalezienia się w rzeczywistości. 
 
Za sprawą "Cha và con và" wietnamski reżyser udowadnia olbrzymi talent wizjonerski. Di Phan Dang wierzy w kreacyjną moc obrazu. Być może nie dowiemy się po projekcji za dużo o kondycji jego kraju pod koniec lat 90., ale skonsumujemy wytrawną ucztę ekranowych wizji, które uwodzą z zabójczą skutecznością.
 
[Diana Dąbrowska, 65. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie]