"Chłopak z sąsiedztwa" ("The Boy Next Door"), reż. Rob Cohen (2015)

Jeśli nie potrafisz pokonać schematów, zaprzyjaźnij się z nimi.

Być może taka właśnie idea przyświecała Barbarze Curry, która w swoim scenariuszu nie pominęła przypadkiem żadnej z masakrowanych przez lata klisz fabularnych (a przy okazji, na twórczej fali, machnęła bliźniaczo podobną historyjkę w "The Perfect Guy"). Sięgając po formułę popularnego w latach 90. thrillera erotycznego, pozwoliła sobie jedynie na zamianę ról - zamiast owładniętej żądzą zazdrosnej kobiety dostajemy przystojnego nastoletniego psychopatę. Nastoletniego oczywiście tylko z nazwy, bo Ryan Guzman nawet przy odrobinie dobrej woli nie przypomina ucznia liceum. Jego nazwisko, umieszczone zaraz obok Jennifer Lopez, ma posłużyć jako wabik na damską część publiczności - aktor ubiegał się o rolę pana Greya i wywijał hołubce w "Step Up 4" - ot, zwykły zabieg speców od marketingu. Jakże skuteczny. "Chłopak z sąsiedztwa", niskobudżetowa produkcja, świętowała w amerykańskich kinach prawdziwe triumfy.

Czepianie się schematów w kinie gatunkowym nie ma oczywiście większego sensu; zresztą już w zwiastunie, usłużnie zdradzającym niemal całą fabułę, można zobaczyć, jak potoczy się historia, i zdecydować, czy ma się ochotę na zalew banału. Claire, zdradzona przez męża nauczycielka, mieszka z synem na spokojnej ulicy. Noah dopiero co wprowadził się do domu obok, ale już gotów jest służyć pomocą i wsparciem. Ona cieszy się z tej nowej przyjaźni, jednak  widzowie, z rzucanych im strzępków informacji, mogą się domyślić, że radość jest przedwczesna. Gdy Claire po wspólnie spędzonej nocy postanowi zerwać kontakt z chłopakiem, Noah ujawni swoje prawdziwe oblicze, robiąc swojej ofierze "psikusy" rodem z liceum - pisząc na ścianie obraźliwe hasła i drukując screeny z sekstaśmy, którą zapobiegawczo nagrał. Kiedy to nie poskutkuje, wyciągnie działa większego kalibru.

Drętwotą dialogów, niewyrazistością postaci, nachalną muzyką i miałkością scenariusza "Chłopak..." nie wykracza jednak wcale poza przyjęte ramy, pozostając jednym z przeciętniaków z telewizyjnej ramówki, o którym nie pamięta się już kilka dni po seansie. Szkoda tylko Roba Cohena ("Ostatni smok"), walczącego o ten film kłami i pazurami - początkowo planowano, by fabuła była jeszcze bardziej ugłaskana i dostępna dla widzów od lat trzynastu - pełnego wiary, że po chudych latach wypełnionych gniotami wreszcie los się do niego uśmiechnie. Przynajmniej finansowo się opłaciło.
 
[Sonia Miniewicz]