• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Skarb
  • 4
  • 0
Skarb

Corneliu Porumboiu: coś z Bustera Keatona [wywiad]

33-letni Costi (Cuzin Toma) wiedzie spokojne życie. Do momentu, kiedy jego bezrobotny sąsiad, Adrian (Adrian Purcarescu), składa mu dość nietypową propozycję. W należącym kiedyś do jego pradziadka ogrodzie zakopano przed laty cenny skarb. Jeśli Costi pomoże mu go odnaleźć, podzielą się zyskiem.

To miejsce mnie przeraża - stwierdza Corneliu Porumboiu, gdy spotykamy się w Cannes, gdzie "Skarb" zadebiutował w prestiżowej sekcji Un Certain Regard. Będąc rumuńskim reżyserem szybko dochodzisz jednak do pewnego wniosku: nikt nie czeka na twoje filmy. Dlatego czasem trzeba się pokazać.

Najwyraźniej wie, jak się za to zabrać; po "12:08 na wschód od Bukaresztu" i "Policjancie, przymiotniku", już po raz trzeci prezentuje film na francuskim festiwalu. Żyjemy w dość bezwzględnych czasach i jeśli spieprzysz jeden film, trudno będzie ci zrobić następny - zauważa. Kiedyś reżyserów uważano za geniuszy, mieli swoich oddanych wyznawców. Teraz wszystko odbywa się znacznie szybciej - dziś jesteś w Cannes, jutro nikt o tobie nie pamięta. Pojawia się jakiś nowy mądrala, za każdym razem coraz młodszy. A tobie zostaje tylko stary katalog. Z Corneliu Porumboiu o Robin Hoodzie i miejscu, w którym zatrzymała się historia rozmawia Marta Bałaga

Marta Bałaga: Historia, którą opowiadasz w "Skarbie", wydaje się nieprawdopodobna. Ale to tylko pozory.

Corneliu Porumboiu: Adrian Purcarescu, który zagrał w filmie, opowiedział mi legendę: przed wieloma laty jego pradziadek miał zakopać w ogrodzie skarb. Pojechaliśmy tam żeby nakręcić o tym dokument. Zebraliśmy ekipę, wynajęliśmy specjalistę od wykrywania metali - tak, niektórzy ludzie naprawdę się tym zajmują - i postanowiliśmy go poszukać. Oczywiście niczego nie znaleźliśmy. Zabrałem się za montaż i w pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę z tego, że nic z tego nie będzie.

Dlaczego?

Oglądając nakręcony materiał odniosłem wrażenie, że w pewnym momencie się tam… zgubiliśmy. Że ten ogród to jakaś czarna dziura - trójkąt bermudzki, w którym zatrzymała się historia. Podczas II wojny światowej mieszkali w nim niemieccy oficerowie. Potem stał się własnością państwa, które zrobiło z przylegającego do niego budynku przedszkole - rodzinę Adriana wywieziono natomiast do Caracal. Później przedszkole przemianowano na aptekę, a po rewolucji w 1989 roku - na bar ze striptizem. W pewnym momencie przestaliśmy szukać skarbu i zaczęliśmy szukać śladów pozostawionych przez ludzi, którzy tam kiedyś mieszkali. Zrozumiałem, że muszę do tego wrócić. Zabrałem się więc za scenariusz.

Rumuńska nowa fala zasłynęła tym, że komentowała otaczającą was rzeczywistość. Twój najnowszy film jest realistyczny, ale tylko do pewnego stopnia.

Lubię opowiadać o teraźniejszości. Mam na jej punkcie obsesję. O tym, jak odczuwa się teraz to, co było kiedyś. Nigdy nie myślałem jednak o naszych filmach w kategorii jakiegoś zjawiska. Zbyt się od siebie różnimy, żeby wrzucać nas do jednego worka. Myślę, że wynika to z tego, że te pierwsze filmy pojawiły się jeden po drugim. Ale potem każdy z nas skupił się już na tym, żeby odnaleźć własną drogę. Myślę, że najważniejszy był dla nas "Towar i kasa" - pierwszy film Cristi Puiu. Gdyby nie on, pewnie by mnie tu dziś nie było.

Kiedy zadebiutował, byłeś jeszcze w szkole filmowej.

A moi nauczyciele każdego dnia powtarzali mi, żeby robić filmy o poetach, artystach. Nie o zwykłych ludziach [śmiech]. To, o czym w nim opowiadał i jak się za to zabrał, otworzyło nam wszystkim oczy. Dobrze, że to wszystko nie skończyło się po paru miesiącach. Ale wciąż daleko nam do tego, żeby trwale zapisać się w historii kina.

Wspieracie się? Pokazujecie sobie swoje filmy?

Radu [Muntean] zwykle daje mi do przeczytania każdy nowy scenariusz, a ja odwdzięczam się tym samym. Z Mungiu rozmawiam dość często, ale na trochę inne tematy, bo nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły. Spotykam go każdego ranka i wypytuję o zadanie domowe, którego nie zrozumiałem. Nie jesteśmy wrogami. Ważne jest dla mnie to, by podczas montażu ktoś rzucił okiem na mój film. Zwłaszcza, jeśli się na tym zna. I zasugerował, czego można się pozbyć, a co dodatkowo wyeksponować. Każde wsparcie się przydaje, bo wciąż możemy liczyć tylko na siebie. Mamy teraz wprawdzie CNC [rumuński odpowiednik Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej], który od kilku lat dofinansowuje nasze projekty. Ale dysponuje skromnym budżetem, więc i tak za każdym razem trzeba szukać dodatkowych pieniędzy za granicą. Mnie się udało - scenariusz "Skarbu" spodobał się w Francji, stanęło za nim Arte i Eurimages. W przypadku mojego poprzedniego filmu ["When Evening Falls on Bucharest or Metabolism"] i "Policjanta, przymiotnika" tak nie było.

Kiedy w projekt angażują się międzynarodowi koproducenci, czego od Ciebie oczekują? Kolejnego filmu, który można reklamować jako osiągnięcie rumuńskiej nowej fali?

Na pewno łatwiej go wtedy sprzedać. Jeśli przypięcie jakiejś łatki sprawia, że możesz zrobić kolejny film… pokaż mi filmowca, który będzie na to narzekał. Ja na pewno nie będę. Także dlatego, że zawsze jestem otwarty na uwagi innych. Moja praca zawsze wygląda tak samo: kończę scenariusz, wysyłam go i dostaję pewne uwagi, które mogę wykorzystać albo nie. Ale nikt niczego mi nie narzuca. Nikt nie stoi za mną na planie, kontrolując każdą podjętą decyzję. W Rumunii to ekonomia decyduje o tym, jak robi się filmy. Nikt nie ma wystarczająco dużo pieniędzy na to, żeby pozwolić sobie na więcej swobody. Na szczęście ja lubię precyzję - wyniosłem to ze szkoły. Nigdy nie będzie tak, że robienie filmów nagle stanie się proste. Bez względu na to, gdzie mieszkasz.

Czy po tylu sukcesach łatwiej przekonać widzów do oglądania waszych filmów? Zwłaszcza w Rumunii?

Może trochę, choć największe zainteresowanie i tak wzbudzamy na festiwalach. Jeśli spojrzeć na wyniki "Aferim!", sytuacja wygląda nieźle –-w Rumunii obejrzało go sporo widzów. Ale i tak nie ma co porównywać się z amerykańskimi filmami. W 2000 roku w Rumunii pozamykano większość niezależnych kin, ich miejsce zajęły multipleksy. A tam chodzą głównie dzieciaki. I wcale nie kupują biletów! Widzowie, którzy chodzili na nasze filmy, omijają takie miejsca szerokim łukiem. Mają rację - sam przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy postanowiłem obejrzeć ostatni film Cristiana Mungiu w moim rodzinnym mieście. Poszliśmy z żoną do kina i trochę się zdziwiliśmy: był nakręcony w CinemaScope, a pokazano go w 1:85:1. Operator projektora wyjaśnił mi, że to standardowa praktyka, a przecież okalecza się w ten sposób obraz. Wszystko ulega deformacji! Ale i tak mogło być gorzej.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Zobacz kolejne.