• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Skarb
  • 4
  • 0
Skarb

Corneliu Porumboiu: coś z Bustera Keatona [wywiad]

"Skarb" stanowi pełen humoru komentarz na temat kryzysu. Lubisz śmiać się z poważnych tematów?

Tak postrzegam świat. Bohaterowie moich filmów chyba to ode mnie przejmują - mają w sobie coś z Bustera Keatona. Są śmiertelnie poważni, a i tak się z nich śmiejemy. Nawet "When Evening Falls on Bucharest or Metabolism" miał w sobie coś z farsy. Był dość zabawny. Niestety, chyba tylko dla mnie. Lubię Czechowa, Kafkę. W Europie Wschodniej potrafimy docenić absurdalne poczucie humoru. Kiedy robiliśmy dokument o pradziadku Adriana, odczuwałem pewną presję - w końcu chodziło w nim o prawdziwe osoby, których doświadczenia były dość dramatyczne. Ale w filmie mogłem już pozwolić sobie na to, żeby pośmiać się trochę z tej sytuacji. Ludzie są zabawni w swojej chciwości. Złoto wydaje nam się ukrytym w ziemi słońcem - fascynuje nas jego blask. I utożsamiamy jego posiadanie z wolnością, choć pewnie wcale tak nie jest. Przecież ci, którzy zarabiają wielkie pieniądze, wcale nie są przesadnie radośni. Przypominają małe dziecko, które spokojnie bawiło się na ulicy, a potem znalazło zgubiony przez kogoś banknot. I odruchowo chowa go w kieszeni spodni, rozglądając się na boki.

Skąd pomysł, żeby uzupełnić fabułę o baśniowe elementy? Jak te zaczerpnięte z opowieści o Robin Hoodzie, którą przytaczasz zresztą na samym początku filmu.

Kiedy go poznajemy, Costi znajduje się w dość specyficznym miejscu. Ma pracę, która go nie uszczęśliwia. Zarabia, ale nie na tyle, żeby dawało mu to poczucie bezpieczeństwa. Zdaje sobie sprawę z tego, że wystarczy jedno potknięcie, a posypie się cały jego świat. Tak stało się zresztą w przypadku Adriana. Chciałem, by miał konkretny powód, aby zabrać się za szukanie skarbu. Żeby było to coś, czego naprawdę potrzebuje, a nie jakaś fanaberia. Każdy z nich ma swoje powody. To ciekawe, bo w pewnym momencie zamieniają się miejscami; Adrian inicjuje całą wyprawę, a potem się wycofuje. A Costi przejmuje dowodzenie.

Bo nagle pojawia się szansa na to, by być bohaterem?

Tak - zwłaszcza w oczach swojego syna. Stać się Robin Hoodem, obrońcą uciśnionych. Zastanawiałem się na tym, jak pokazać jego relację z synem, jakie bajki mógłby mu czytać na dobranoc. Stało się dla mnie jasne, że powinna być to właśnie ta opowieść. Także dlatego, że chciałem, by ten film wywołał dyskusję nad pojęciem własności. Bo to bardzo względne - w naszym życiu wszystko wciąż się zmienia, przechodzi z rąk do rąk. Zupełnie jak ten ogród. Robin Hood to baśń, która jest mocno zakorzeniona w rzeczywistości. Nieprzypadkowo tak bardzo ukochali ją sobie socjaliści.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
Kadry z filmu "Skarb", reż. Corneliu Poromboiu

Czego szukasz w ludziach, z którymi pracujesz? Tu otoczyłeś się dość eklektyczną grupą: amatorem, starym przyjacielem, o którym początkowo miałeś nakręcić dokument…

Wszystko zależy od tematu, bo czasem lepiej pracuje się z profesjonalnymi aktorami. Do tych ról potrzebowałem jednak ludzi, którzy w nich znikną. Którym da się uwierzyć. Cuzin Toma przez wiele lat pracował jako górnik, a Corneliu Cozmei to były żołnierz, który rzeczywiście pracuje teraz jako specjalista od wykrywania metali. Ten film był przygodą. Dobrze się nad nim pracowało, swobodnie. Montaż okazał się trochę trudniejszy i ostatecznie pozbyłem się wielu scen. Początkowo scenariusz przypominał mój pierwszy film. Potem sporo zmieniłem, bo nie chciałem się powtarzać. Od początku najważniejsze było dla mnie znalezienie odpowiedniego tonu. Jak sprawić, żeby ten film był realistyczny, żeby nie zmienił się w jakiś żart, karykaturę? To właśnie aktorzy pomogli mi go wypracować.

Cuzin powiedział mi, że przed rozpoczęciem zdjęć lubisz oglądać ze swoją ekipą filmy. I to zwykle te same.

Zastanawiałem się nad tym, jak odpowiednio oświetlić ogród. Bo od początku miał być w tym filmie pełnoprawną postacią. Wydać się labiryntem, w którym można się zagubić. Chciałem pobawić się trochę długimi ujęciami. Obejrzałem więc "Nieznajomego nad jeziorem" Alaina Guiraudie, trochę westernów Johna Forda. No i "Noce pełni księżyca" - to mój ulubiony film. Wszyscy się ze mnie śmiali, bo po paru minutach zapominałem o tym, że mam zwracać uwagę na oświetlenie i po prostu dawałem mu się porwać. Za każdym razem wymyślam jakiś nowy pretekst, żeby do niego wrócić. Uwielbiam Rohmera.

"Skarb" wydaje się podzielony na dwie osobne części. Wejście do ogrodu oznacza także wejście w inną rzeczywistość.

Od początku założyłem, że pierwsza część filmu, która rozgrywa się w mieście, musi być mroczniejsza. Chciałem, żeby widz odniósł wrażenie, że ci ludzie przebywają w więzieniu. Siedzą w tych swoich małych biurach, małych mieszkaniach i dopiero, kiedy trafiają do ogrodu, udaje im się odetchnąć pełną piersią. Może dlatego, że jak już mówiłem to miejsce jest zawieszone gdzieś pomiędzy. Przeszłość miesza się w nim z teraźniejszością i przyszłością.

Zupełnie jak w tej piosence zespołu Opus: Every minute of the future is a memory lost. Skąd pomysł, żeby wykorzystać ten utwór? Trochę mnie to zaskoczyło.

Mnie też [śmiech]. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem "Life is Life" - miałem na jej punkcie prawdziwą obsesję. Potrzebowałem czegoś, co przypominałoby marsz, bo ten film miał się skończyć jak western. Triumfalnie. To zakończenie można jednak odczytać bardzo różnie. Nie wiadomo, co się z nimi stanie, czy ich życie rzeczywiście ulegnie zmianie. Przed rozpoczęciem pracy obejrzałem "Skarb Sierra Madre" i zdałem sobie sprawę, że to taka klisza - gdy w filmach szuka się skarbów, na końcu zwykle okazuje się, że chciwość wcale nie jest dobra i wszyscy się zabijają. Chciałem to trochę odwrócić. Ten film miał opowiadać o koleżeństwie. Szukanie skarbu staje się aktem solidarności. Mogli go znaleźć tylko razem, we troje. Osobno nie daliby rady.

[Rozmawiała Marta Bałaga]