• Karol Barzowski
    Karol Barzowski
Dirty Dancing
  • 3.7
  • 95
Dirty Dancing

"Dirty Dancing": Seks wiruje w rytmie mambo

Wystarczą pierwsze takty piosenki "(I've Had) The Time of My Life", a każdy ma przed oczami scenę końcowego tańca z "Dirty Dancing". Czy jest ktoś, kto nie widział tego filmu choć raz? W przyszłym roku stuknie mu trzydziestka, ale trzeba przyznać, że zestarzał się co najwyżej w niewielkim stopniu. To wciąż jedna z najbardziej znanych historii miłosnych, stawiana na równi z "Casablancą", "Pretty woman" oraz… "Romeem i Julią".

Wszystko zaczęło się od Eleanor Bergstein – tancerki, która w pewnym momencie życia postanowiła pisać. W 1973 roku wydała książkę, a siedem lat później zekranizowano jej pierwszy scenariusz. "Teraz moja kolej" z udziałem Michaela Douglasa został całkiem nieźle przyjęty, ale Bergstein i tak była tym filmem rozczarowana. Producenci wycięli bowiem erotyczną scenę tańca, która dla autorki była bardzo ważna. Rozgoryczona kobieta postanowiła sprzedać komuś pomysł na film w całości poświęcony tańcowi. Spotkała się wtedy z Lindą Gottlieb z MGM. Gdy ta spytała jej o czym opowiada scenariusz, Bergstein z rozbrajającą szczerością przyznała, że tak naprawdę nie ma żadnej konkretnej historii, a po prostu chciałaby stworzyć film o dwóch siostrach tancerkach. Zawiedziona producentka nie chciała od razu kończyć rozmowy, więc poprosiła, aby Bergstein opowiedziała jej coś o swoim życiu. Zaczęła: "Wychowałam się na Brooklynie, mój tata był lekarzem, a ja należałam do tych dzieciaków, które uciekały daleko od domu, aby móc chodzić na tzw. niegrzeczne tańce – dirty dancing". Reakcja Gottlieb była natychmiastowa: "Dirty Dancing? To byłby rewelacyjny tytuł! Teraz jeszcze musimy wymyślić, o czym to będzie".

43 razy "nie"

W dalszej części rozmowy Bergstein zaczęła wspominać wyjazdy z rodziną do luksusowego ośrodka wypoczynkowego w Vatskill Mountains. Historia nieśmiałej Frances, która podczas wakacji wdaje się w romans z Johnnym, sporo starszym od siebie mistrzem mambo, była w dużej mierze oparta na jej własnych doświadczeniach. Zbieżności można by znaleźć sporo, poza jednym kluczowym wątkiem – tanecznym. Bergstein nie była bowiem nowicjuszką, a pracowała jako instruktorka, specjalizując się w tańcach latynoamerykańskich. Oprócz klasycznych kroków często stosowała też te "mniej grzeczne", a mambo należało do jej ulubionych stylów. Mówiła: "Wszyscy myślą o mnie jako Baby, ale jest we mnie też dużo z Johnny'ego".

Wytwórnia MGM dała zielone światło projektowi, ale kierownik, który podpisał kontrakt, został zwolniony zaledwie dwa tygodnie później. Prawa przeszły na samą Gottlieb, a ona przez rok próbowała zainteresować scenariuszem jakąkolwiek ważną postać Hollywood. Odmówiono jej aż 43 razy. Tłumaczono, że historia wydaje się zbyt kameralna i nijaka, "dla dziewczyn, z silnym osadzeniem w latach sześćdziesiątych, o żydach". Jak wspominała później producentka, niby to wszystko było prawdą, ale ona zawsze uważała, że najważniejszą cechą filmu była jego seksowność. Kiedy nikt inny nie mógł tego dostrzec, ogarniała ją ogromna frustracja.

Para nie do pary

Scenariusz w końcu kupiło małe studio Vestron, zajmujące się głównie filmami wydawanymi od razu na kasetach video. Budżet musiał zamknąć się w 4.5 miliona dolarów. Niestety, nie zgadzali się, aby w głównej roli wystąpiła znana z "Wolnego dnia Ferrisa Buellera" Jennifer Grey. "Chcieli okropną blond lalunię. W końcu wytłumaczyłam im, że w centrum tego filmu musi być przeciętna dziewczyna. Dzięki temu, że udaje się jej zdobyć serce przystojniaka, tworzy się uniwersalna historia miłosna, dająca ludziom nadzieję" – mówiła producentka.

Grey miała 26 lat i była sporo starsza niż jej bohaterka, ale tylko na samym początku stanowiło to problem. Na jej partnera wybrano bowiem ostatecznie Patricka Swayzego, który również znacznie przewyższał wiekiem scenariuszowego Johnny'ego. Wymagana różnica 10 lat między kochankami pozostała więc bez zmian. Co ciekawe, Swayze nie był wcale pierwszym wyborem twórców. W "Dirty Dancing" zagrać miał Billy Zane ("Titanic", "Martwa cisza"), który jednak nie tańczył za dobrze, a na zdjęciach próbnym między nim, a aktorką brakowało chemii. Obsadzenie Swayzego było ryzykiem - po pierwsze, zupełnie nie odpowiadał opisowi postaci stworzonemu przez Bergstein (miał to być raczej egzotyczny chłopak o śródziemnomorskiej urodzie), po drugie, on i Grey znali się i, delikatnie mówiąc, nie pałali do siebie sympatią.

Para aktorów spotkała się trzy lata wcześniej na planie "Czerwonego świtu". Współpraca między nimi nie należała do łatwych. Swayze uważał, że jego młodsza koleżanka po fachu była zbyt miękka do tego zawodu – naiwna, marudna, chimeryczna. Przy każdym dublu Grey grała zupełnie inaczej, często płakała i dawała się ponieść emocjom. Swayze był zaś typem macho, profesjonalistą w każdym calu, i ciągle się z niej naśmiewał. Ostatecznie jednak wyszło to filmowi na dobre. Ich relacja na ekranie była bardzo podobna do tego, jak traktowali się między ujęciami. Grey była tą mniej doświadczoną, która dzięki swojemu partnerowi powoli rozkwitała. Dzięki Swayzemu cały czas starała się być lepsza, a on stał się dla niej kimś w rodzaju mentora. Mimo powtarzanych plotek, mówiących o tym, że oboje się wprost nienawidzili, aktorka zawsze wypowiadała się o Swayzem z najwyższym uznaniem. W jednym z niedawnych wywiadów przyznała: "Zawsze myślałam o Patricku jako niezwykle wrażliwym facecie. Wszystko, co robił, robił na sto procent, ale nigdy nie przestawałam widzieć w nim tej przepięknej czułości. To jedna z wielu rzeczy, które sprawiają, że wszyscy za nim tak bardzo tęsknimy".

Spalić taśmę!

Film wyreżyserował Emile Ardolino, zdobywca Oscara za taneczny dokument "He Makes Me Feel Like Dancin'", a sceny taneczne przygotował 26-letni Kenny Ortega, odpowiedzialny za choreografię w teledysku Madonny "Material Girl". Po premierze filmu został on jednym z najbardziej rozchwytywanych specjalistów w branży. Mało jednak brakowało, a do premiery wcale by nie doszło. Jedyny sponsor, firma produkująca kosmetyki przeciwtrądzikowe, postawiła twórcom warunek – wesprą produkcję, ale tylko wtedy, jeśli wycięty zostanie wątek partnerki Johnny'ego, która poddaje się aborcji. Nikt oczywiście nie chciał się na to zgodzić, więc firma wycofała się. Potem przyszły inne problemy – pokazy testowe okazały się katastrofą. Wytwórnia zaczęła zastanawiać się, czy nie wypuścić filmu od razu na kasetach video. Słynne stały się słowa jednego z producentów, Aarona Russo, który stwierdził, że jedyną rozsądną opcją w tej sytuacji jest spalić taśmę i wziąć kasę z ubezpieczenia.

Na szczęście postanowiono zaryzykować. "Dirty Dancing" wszedł do kin i, ku zaskoczeniu wszystkich, z miejsca stał się niemałym przebojem. Przy budżecie około 5 milionów dolarów zarobił na całym świecie grubo ponad 200 milionów. W największym szoku była Jennifer Grey, która podczas zdjęć cały czas myślała, że to mały filmik stworzony z miłości obsady oraz ekipy do tańca, przeznaczony na prywatne pokazy. Mówiła: "Nie przyszło mi do głowy, że ktoś to w ogóle zobaczy. Kiedy mnie zatrudnili, myślałam, że dostałam tę rolę, ponieważ i tak nie zależało im na frekwencji w kinach". Nie dość jednak, że film bardzo dobrze poradził sobie w box-office, to jeszcze stał się pierwszym w historii wielkim hitem wypożyczalni video. Na kasetę z "Dirty Dancing" trzeba było czekać tygodniami . Tytuł ten zamawiało się z wyprzedzeniem nawet w Polsce, tyle, że u nas ludzie pytali oczywiście o "Wirujący seks".

Miłosny manifest

Na czym polegał fenomen tego filmu? Czynników jest wiele. Trzeba pamiętać o tym, że koniec lat osiemdziesiątych to okres, kiedy królowało zupełnie inne kino – mieliśmy wtedy do czynienia przede wszystkim z wielkim renesansem filmów akcji. "Dirty Dancing" był więc pewnym powiewem świeżości. Okazało się, że publiczność czekała na taką prostą, pozytywną historię miłosną. Rewelacyjnie nakręcone sceny tańca, soundtrack, który stał się przebojem nie mniejszym niż sam film, czy wreszcie przekonująca gra aktorów, zapewniły rozrywkę na najwyższym poziomie. Poza tym okres, w którym rozgrywa się akcja "Dirty Dancing", a więc rok 1963, świetnie sprawdził się jako tło dla tej opowieści, i dla wielu widzów był nostalgicznym punktem odniesienia. Cała relacja Baby z jej konserwatywnym ojcem jest przecież niczym metafora odchodzenia od dawnej tradycji i przygotowywania się na zmiany. Burzliwe lata sześćdziesiąte wraz z ich rewolucją obyczajową wywróciły do góry nogami amerykański porządek i w "Dirty Dancing" czuć już pierwsze oznaki tego przełomu.

Razem z "Przeminęło z wiatrem", "Casablancą" i "Pretty Woman" to chyba jeden z najlepiej kojarzonych filmów o miłości. Nie oszukujmy się – "Dirty Dancing" jest przesłodzoną i dość naiwną opowieścią powtarzającą ograne motywy. W końcu to kolejna historia o zakazanym uczuciu łączącym osoby z dwóch różnych światów. Jednak kochający taniec twórcy zrobili z tego coś naprawdę wyjątkowego. W tym filmie czuć ich pasję. Dzięki temu to, co widzimy na ekranie, nie razi sztucznością. Zamiast tego jest czarująco i bezpretensjonalnie. Finałowy układ do nagrodzonej Oscarem piosenki "(I've Had) The Time of My Life" to scena-ikona, funkcjonująca niczym miłosny manifest. Do dziś tysiące par wybiera ten numer jako swój pierwszy ślubny taniec. Udało się uzyskać to, o czym mówiła Gottlieb, namawiając wytwórnię do współpracy. "Dirty Dancing" to uniwersalna, ponadczasowa historia, która zasłużenie zajmuje ważne miejsce wśród najbardziej znanych bajek. Nikt przecież nie będzie stawiał Baby w kącie.