"Dom" ("Home"), reż. Tim Johnson (2015)

Amerykański sukces "Domu" przypomina, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. W tej kreskówce mamy bowiem do czynienia z cytatami z niemal każdej animacji ostatnich lat.

Kapitana Smeka na pewno byście rozpoznali. Jest trochę maniakiem, trochę wariatem, lubi robić wokół siebie show i stać w centrum uwagi. Przypomina bez wątpienia Króla Juliana z "Madagaskaru", tyle, że nie jest ani tak fantastyczny, ani tak niedorzeczny. W jego rękach plan podboju świata raczej ma szansę się ziścić i małe dziwne, kosmiczne ludki mogą rzeczywiście przejąć Ziemię - co właściwie dzieje się już w pierwszych minutach filmu.

Choć kosmici nie radzą sobie na Ziemi zupełnie, a ludzkie obyczaje są im zupełnie obce, nowy świat niezwykle ich fascynuje. Dla każdej rzeczy znajdują innowacyjne przeznaczenie, wszystko dookoła ich niesamowicie cieszy, ale najważniejsze jest to, że czują się tu jak w domu. Na nowej planecie jest przytulnie, kolorowo, można się urządzić i być tu szczęśliwym. Dlatego kosmici radują się co nie miara, zupełnie nie mając pojęcia, że mają domek kosztem wrogiego przejęcia czyjeś własności i napadu, który rozbił rodziny. Kto to odkrywa? Oczywiście największa niezdara w całej grupie, czyli Oh. Oh przewraca się na prostej drodze i zawsze jest ostatni, ale kiedy zaprzyjaźnia się z dwunastoletnią Tip, w końcu wszystko powoli zaczyna mu się układać w głowie. Zwłaszcza, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku Oh został na Ziemi zupełnie sam i nie pozostało mu nic innego, jak trzymać się Tip - jedynej osoby, którą może nazwać przyjaciółką.

"Dom" z grubsza odhacza wszystkie konieczne w tego typu fabule zwroty akcji i trzyma się popularnych stereotypów. Dobrze też idzie temu filmowi udzielanie lekcji, o tym, żeby nie oceniać ludzi po wyglądzie, albo nie ufać każdemu słowu, które się słyszy - szczególnie od rządzących. A na koniec, "Dom" oczywiście sypie garścią popkulturowych cytatów i odniesień, sam w sobie będąc zresztą jednym wielkim odniesieniem do wszystkiego, co znamy: od "Shreka" po "Kosmiczny mecz". Prawda jednak jest taka, że mając premierę pomiędzy "Pingwinami z Madagaskaru" a "Minionkami", "Dom" musiałby "stanąć na głowie", żeby podbić serca widzów. Musiałby przebić bezczelność tego pierwszego albo stać się słodszym niż ten drugi.

W "Domu" nie widać nikłego nawet silenia się na oryginalność i nowatorskie pomysły. Sama animacja jedynie lekko wybija się ponad przeciętność - ni ziębi, ni grzeje. Bez dobrego scenariusza i tak jest bez szans na zatrzymanie uwagi na dłużej, choćby dysponowała najsympatyczniejszymi stworkami, jakie animacja wydała w ostatniej dekadzie. Twórcy "Domu", jakby zdawali sobie sprawę z jakości materiału, który mają w rękach, postanowili więc postawić wszystko na jeden żart, który niby jest śmieszny, choć chyba niekoniecznie aż tak, żeby czynić ten film unikalnym i absolutnie niezbędnym do życia. Otóż przewrotną puentą, jaką serwuje "Dom" jest stwierdzenie, że tym, co zjedna zwaśnionych kosmitów z ludzkością będą... A zresztą, nie będziemy psuć niespodzianki tym, którzy wybiorą się do kina.
 
[Urszula Lipińska]