Eisenstein w Meksyku
  • 3
  • 0
Eisenstein w Meksyku
 

Po mniej lub bardziej udanych przedsięwzięciach, Peter Greenaway wraca na ścieżkę sukcesu wraz z "Eisenstein in Guanajuato". Jego przewrotna opowieść o kręceniu przez Eisensteina epopei o Meksyku nosi zresztą wyraźne podobieństwa do biografii samego Greenawaya.

Eisenstein wjeżdża do Meksyku spektakularnie. Ma samochód pełen walizek, nastroszoną czuprynę, niepohamowany apetyt na wszystko dookoła i usta pełne bluzgów pod adresem swojej ojczyzny. W Meksyku pragnie znaleźć wolność, podbudowaną zresztą niemałymi funduszami prosto z konta Uptona Sinclaira, które mają się przyczynić do powstania rozległego dzieła o meksykańskiej kulturze. W walizeczka Eisenstein zwozi odważne fotografie, zbereźne obrazki i liczne reprodukcje, mające mu posłużyć za soczewkę, przez którą będzie oglądał Meksyk. Szybko jednak okazują się one zbędne. Oko reżysera nie jest w stanie zatrzymać się na nich dłużej, stale uwodzone przez gang Meksykanów w wielkich kapeluszach, kręcącego się przy nim rozwiązłego asystenta i uwodzicielskie pejzaże otaczające pałac, w którym mieszka.

Greenaway nie byłby sobą, gdyby nie znalazł dla tej opowieści języka adekwatnego do przewrotności głównego bohatera. Są więc liczne bezpośrednie cytaty z twórczości Eisensteina, autentyczne zdjęcia reżysera ustawione tuż obok grającego go Elmera Backa i krążący po fabule duch pisarzy, malarzy, poetów i polityków z czasów bliskich i dalekich Eisensteinowi. Lekkość, z jaką Greenaway łączy ze sobą te elementy, układa jego film w fabułę spójną i płynną. Dygresje nie są w stanie rozproszyć strumienia faktów, impresji i anegdot ukazanych ustawionych obok siebie na równych prawach i portretujących Eisensteina jako artystę ulepionego ze sprzeczności, dziecięcej fascynacji światem, rozpusty, lenistwa, ekscentryzmu, zepsucia i śmiałości. Przy okazji udowadnia, że reżyser pojechał do Meksyku niczym władca świata - uważając raczej, że to on rozbije system i zawładnie otoczeniem - a tymczasem stało się zupełnie odwrotnie. To Meksyk zmienił jego, nie pytając o pozwolenie.

Dosyć zabawnie ten film koresponduje z fragmentami wyjętym z kina Eisensteina. Ponure kadry z "Października", demoniczne schody z "Pancernika Potiomkina", czarno-białe sceny ze "Strajku". W filmie Greenawaya, Eisenstein wydaje się postacią tak szalenie daleką od swojego depresyjnego kina, jak to tylko możliwe, a jednocześnie niezwykle mu bliską. Wspólne wydaje się tylko jedno: to, że umysł twórcy montuje obrazy z meksykańskiej rzeczywistości w taki sam sposób, jak reżyser montował swoje filmy. Z czasem jednak w tym błyskotliwym rozpustniku, daje się odkryć wichrzyciel, właściciel niepokornej wyobraźni i spektakularnego myślenia, który potrafi w jednej chwili zarządzić rewolucję, a w drugiej ją odwołać - bo właśnie odkrył coś takiego jak sjesta.

[Urszula Lipińska]