"Elizjum": antidotum na blockbuster

Elizjum
Tytułowe "Elizjum" to stacja kosmiczna, na której uciekinierzy z naszej planety, około roku 2150, kiedy rozgrywa się akcja nowego filmu Neilla Blomkampa ("Dystrykt 9"), zbudowali sobie "raj nad Ziemią". 
 
Wszystkie domy wyglądają tam, jak wille na wzgórzach Hollywoodu albo letnie rezydencje gwiazd na Lazurowym Wybrzeżu, słońce świeci 365 dni w roku, woda ma kolor błękitu oczu Matta Damona, a szczęśliwi Elizjanie nie tylko nie chorują, ale wręcz posiedli długowieczność (nikt na satelicie się nie starzeje). Najłatwiejszym porównaniem Elizjum do pojęcia dobrze znanego w naszych kręgach kulturowych, byłoby więc użycie biblijnego terminu "Niebo". Gdyby nie drobny szkopuł. O wstępie na satelitę nie decydują dobre uczynki, a…dobre urodzenie i odpowiedni zasób portfela.
 
Gdy zawieszeni w przestrzeni kosmicznej Elizjanie pławią się w luksusach, 99 procent ludzkiej populacji musi twardo stąpać po Ziemi - dosłownie i w przenośni. Skażenie atmosfery na naszej planecie sprawia, że z każdym haustem powietrza mieszkańcy wdychają chorobotwórcze toksyny. A jako że naukowcy, politycy i biznesmeni - śmietanka społeczeństwa, która do tej pory troszczyła się o rozwój medycyny, systemu opieki medycznej, dystrybucję leków - dawno już zostawiła swój ziemski dobytek, by zacząć w kosmosie życie wieczne, nasza planeta dogorywa.
 
Wizja Ziemi w niedalekiej przyszłości jest u Blomkampa znów, jak w "Dystrykcie 9", porywająca. Fantastyczne, wypłowiałe zdjęcia już nie spalonej, a zmasakrowanej słońcem Kalifornii od pierwszych scen przenoszą nas w niby znaną, ale jednak kompletnie autonomiczną przestrzeń. Los Angeles, gdzie - poza Elizjum - dzieje się akcja filmu, świeci ruinami dawnej świetności. Slumsy rozciągają się teraz na całej rozległości miasta. Dominującym językiem jest nie angielski, a hiszpański. A władzę sprawują androidy, które zamiast sumienia i rozumu do rozsądzania winy i niewinności używają wgranego w nie programu komputerowego.  
 
Ci, którzy uciekli, mogą mieć więc czyste sumienie: nie zostawili Ziemi w całkowitym chaosie. Na straży postawili przecież armię pilnujących porządku robotów. O budowie kolejnych satelitów z ziemską grawitacją, na które możnaby przetransportować pozostałych Ziemian, nikt się jednak nawet nie zająknie.
 
Blomkpamp po raz kolejny tworzy otwarcie alegoryczny, bardzo bezpośredni komentarz do sytuacji geopolitycznej, która podzieliła świat na elity, które mają dostęp do większości zasobów, i biedotę, która musi zadowolić się niewielką resztą. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji sprzed kilku lat, gdy pracował nad "Dytryktem 9" z minimalnym jak na science-fiction budżetem, ma do dyspozycji wielkie hollywoodzkie pieniądze. Dzięki nim w obsadzie znaleźli się Jodie Foster i Matt Damon. To filmowi nie przeszkadza. Decyzje castingowe były strzałem w dziesiątkę. Foster jest tu bezwzględną Sekretarz Stanu, po trupach dążącą do władzy nad Elizjum - czyli gra rolę jakby napisaną dla niej. Damon z filmu na film dowodzi, że potrafi dodać jednowymiarowo napisanej postaci ambiwalencji. Jako kochanek Liberace w "Behind the Candelabra" nie był wyłącznie bezbronnym chłoptasiem wybrednego artysty. Tu też jest impregnowany na grubo ciosane hollywoodzkie bohaterstwo. Do samego końca gra tak, jakby w pierwszej kolejności pchał go do przodu egoizm, instynkt samozachowawczy, a nie poczucie misji.
 
 
Wiadomo jednak, że gdy do tego typu produkcji zatrudnia się tej rangi gwiazdę, to nie tylko po to, by ratowała własną skórę. Damonowi przypisane więc zostaje zadanie ukochane przez wakacyjne kino akcji: uratowanie miliardów Ziemian. Wszystkie zwroty akcji, sceny walk, które do tego prowadzą, ogląda się w napięciu, film trzyma tempo, a efekty specjalne są na poziomie oscarowej nominacji. Tyle że właśnie te posunięcia: podkręcanie stawki, o którą toczy się gra do granic, w których ona sama przestaje być realistyczna, naszpikowanie scenariusza niezbędnymi w superprodukcji elementami romansu, scenami walk czy bardzo typowo hollywoodzkie zakończenie, dodając "Elizjum" punktów w kategorii "kino rozrywkowe", ujmują całemu filmowi. Blomkamp każe swojemu bohaterowi ślepo walczyć o demokratyczne prawo dostępu do dobrodziejstw Elizjum, kompletnie nie wspominając, gdzie podzieją się miliardy Ziemian, ich potomstwo, i potomstwo ich potomstwa, gdy zdobędą długowieczność. Niestety zauważalne w filmie kompromisy, na które poszedł z producentami ten piekielnie zdolny scenarzysta i reżyser, przysłaniają trafne przemyślenia, które tu zawarł i które odróżniają "Elizjum" od większości wakacyjnych superprodukcji. Choćby te związane ze ślepym poleganiem naszej cywilizacji na technologii. Rząd na Elizjum sprawowany jest właściwe nie przez ludzi, ale przez napisany specjalnie na potrzeby idealnej planety komputerowy system operacyjny. Wystarczy mała zmiana w zapisie kodu, żeby prawa i zasady, na których opiera się tamtejszy układ społeczny, zmieniły się diametralnie. Coś na kształt dawnego przewrotu, puczu wojskowego przeprowadzić może więc jeden człowiek, z pomocą kliknięcia jednego klawisza. 
 
I może ta, w gruncie rzeczy wcale nieodległa wizja całkowitego zacieśnienia zależności ludzi od komputerów nie podziałała na mnie aż tak silnie,  by po przyjściu z seansu "Elizjum" wyciągnąć z szafy zakurzoną maszynę do pisania, a recenzję słać do redakcji faksem, ale moje poczucie zadowolenia z tego, że przyszło mi żyć w epoce cyfrowego boomu, zostało bardzo poważnie zachwiane. Blomkamp to jeden z tych reżyserów młodego pokolenia, których karierę trzeba w dalszym ciągu śledzić. I to pilnie.
[Karolina Pasternak]