• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Elle
  • 0
  • 0
Elle

"Elle", reż. Paul Verhoeven (2016)

Idealne dla: fanów kina przekraczającego granice politycznej poprawności i Isabelle Huppert - po raz kolejny udowadnia, że nie ma sobie równych. 

Fakt: świat bez Paula Verhoevena byłby smutnym, przewidywalnym miejscem, gdzie wszystko wyjaśnia się po dwa razy, a każda kobieta nosi w łóżku stanik. To właśnie jemu zawdzięczamy TĘ scenę w "Nagim instynkcie", Arnolda Schwarzeneggera na Marsie i prawdopodobnie jedyny w historii film o II wojnie światowej, w którym ukrywająca się przez nazistami Żydówka znajduje chwilę na to, żeby utlenić sobie włosy łonowe. Ale się stęskniliśmy.

Michèle (fantastyczna Isabelle Huppert) do wszystkiego podchodzi racjonalnie - do pracy w firmie produkującej gry wideo, życia prywatnego i własnej traumatycznej przeszłości. Gdy pewnego dnia zostaje zaatakowana we własnym domu przez zamaskowanego napastnika, nie pozwala sobie na okazanie emocji, a o dokonanym gwałcie informuje najbliższych… podczas kolacji w eleganckiej restauracji. Szybko okazuje się jednak, że brutalny atak nie był przypadkowy, a stojąca za nim osoba wciąż czai się w pobliżu. 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
Kadry z filmu "Elle", reż. Paul Verhoeven

Verhoeven nigdy nie bał się opowiadać o seksie. Także w filmach głównego nurtu, za co przyszło mu zresztą drogo zapłacić; cięgi, które zebrał za "Showgirls" i zrehabilitowanych już przez krytykę "Żołnierzy kosmosu", wytrzymałby chyba tylko Mike Tyson. I to wyłącznie wtedy, gdyby wcześniej pozwolono mu nadgryźć komuś ucho. Na tle innych epatujących golizną filmowców zawsze wyróżniała go jednak pewna bardzo przydatna cecha: perwersyjne poczucie humoru, pomagające okiełznać nawet najbardziej ryzykowny materiał. Tak jest też w tym przypadku, choć zamiast krzyżującej nogi Sharon Stone dostajemy… mieszkającą z kotem ikonę francuskiego kina

Aż trudno uwierzyć, że od premiery jego poprzedniego filmu upłynęło już ponad 10 lat - na chropowatej powierzchni "Elle" nie znajdzie się ani odrobiny rdzy. Najnowsze dzieło holenderskiego reżysera, oparte na podstawie powieści Philippe’a Dijana (francuskiego pisarza stojącego też za "Betty" Jean-Jacquesa Beineix), nie ukazuje bezwolnej ofiary; kiedy tylko pojawia się możliwość wzięcia spraw we własne ręce, Michèle od razu z niej korzysta. To, co robi, może okazać się niezrozumiałe i, jak przystało na Verhoevena, trudne do zaakceptowania. Dlatego warto odłożyć na bok uprzedzenia i po prostu cieszyć się przewrotnością opowiadanej historii. 

"Elle" to wyjątkowy film; kontrowersyjny, nieprzewidywalny i, co chyba najbardziej zaskakujące biorąc pod uwagę dramatyczny początek nawiązujący do gatunku rape and revenge, autentycznie zabawny. W wieku 78 lat Verhoeven zasłużył już wprawdzie na zasłużony odpoczynek, ale najwyraźniej nie zamierza jeszcze z tego skorzystaćnie oferuje łatwych odpowiedzi, ale też nikt ich od niego nie żąda. Lars von Trier mógłby się od niego sporo nauczyć. 

[Marta Bałaga, 69. Festiwal Filmowy w Cannes]