"Elser" (recenzja): zwyczajny bohater

Kadr z filmu "Elser" (reż. Oliver Hirschbiegel)
Kadr z filmu "Elser" (reż. Oliver Hirschbiegel)

"Elser", reż. Oliver Hirschbiegel (2015)

Po swoich hollywoodzkich przygodach, Oliver Hirschbiegel powrócił do Niemiec i rozliczeniowego kina. "Elser" to kolejny odcinek jego sagi o naziźmie, tym razem opowiedzianej z punktu widzenia zamachowca próbującego zabić dyktatora.

Dla Hirschbiegela powrót do formy to - jak się okazuje - powrót do korzeni i założeń jego najlepszego filmu. W "Eksperymencie" niemiecki reżyser rozpracowywał skomplikowaną relację między więźniami i strażnikami sfingowanego więzienia. W "Elserze" pokazuje takie samo więzienie osadzone w historycznym kontekście. Tym razem trafia do niego Georg Elser, samotny wilk stojący za nieudanym zamachem na Hitlera. Zabrakło mu zaledwie 13 minut, aby wszystko poszło zgodnie z planem. A tak, zginęli niewinni, Hitler żyje, a Elser trafia do więzienia. Nikt nie może uwierzyć jego opowieściom o samodzielnie skonstruowanej bombie i spisku, toteż przebiegły szef ochrony Arthur Nebe rozpoczyna długie i krwawe przesłuchania zatrzymanego. Proces rozbicia jego tajemnicy zaczyna się od tortur i coraz bardziej zbliża do siebie torturowanego i torturującego.

W miarę rozwoju filmu, coraz trudniej zauważyć w działaniach Elsnera jakąkolwiek ideologię i wykalkulowanie. Wydaje się, że pomysł zniszczenia dyktatury poprzez zabicie jej lidera miał na celu bardziej jego osobiste szczęście niż plan ratowania całego świat z rąk bestii. W więzieniu bohater coraz częściej ucieka bowiem we wspomnienia - w moment poznania Elsy, kobiety jego życia, wielkiego uczucia, które pojawiło się między nimi i właściwie w jakiś sposób doprowadziło Elsnera do próby zamachu. Ich relację dzieli od szczęścia właśnie polityczny układ państwa, wszechobecna przemoc, myślowa ciasnota otoczenia i wpajana ludziom w umysły ideologia. W tym świecie Elsner łatwo wyrasta na bohatera i członka ruchu oporu - inaczej myśli, potrafi się przeciwstawić władzy i stać go na odwagę godną szaleńca. Myślenie, że jedna śmierć może wszystko odmienić, trzyma go przy życiu i daje mu nadzieję.

Hirschbiegel nawet nie próbuje tego portretu głównego bohatera zabrudzić - nie szuka rys na charakterze Elsnera, skupia się na mikrowydarzeniach, rzeczach zupełnie pozbawionych wielkiego, przełomowego wymiaru. Pewna przeciętność Georga nawet wręcz razi, zderzona ze skalą tego, na co się porwał. Trzynaście minut zawarte w angielskiej wersji tytułu dzielące zamach Elnera od powodzenia, w filmie Hirschbiegela stają się zresztą refrenem powtarzającym się w losach innych bohaterów. Tu i ówdzie pokazują się ludzie powieszeni w obozie koncentracyjnym na kilka tygodni przed ich zlikwidowaniem, czyniąc fabułę "Elsnera" także opowieścią o paradoksie czasu, tych ułamkach minut, które decydują o życiowym powodzeniu lub niepowodzeniu; o zmianie, śmierci lub pozostaniu w tym samym miejscu. Tym momentom z historii Hirschbiegel oddaje swoim filmem hołd, dopisując niemieckiemu kinu kolejny rozdział rozliczeń z przeszłością.
 
[Urszula Lipińska, 65. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie]