Everest
  • 3.3
  • 0
Everest

"Everest", reż. Baltasar Kormákur (2015)

Idealne dla: fanów filmów górskich, ale raczej tych spod znaku "K2" niż drobiazgowych, dokumentalnych relacji, talentu Josha Brolina i urody Jake'a Gyllenhaala

Od kilku lat organizatorzy festiwalu w Wenecji dają wyraźnie do zrozumienia, że grzechem zaniedbania byłby przyjazd na Lido choćby dzień później. Tak było, gdy filmem otwarcia była "Grawitacja" Alfonso Cuaróna czy "Birdman" Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Nie inaczej jest w przypadku inaugurującego 72. edycję "Everestu" islandzkiego reżysera Baltasara Kormákura. Nie jest to może początek na miarę wspomnianej dwójki, co pewnie znajdzie potwierdzenie na oscarowej gali, ale przyznać trzeba, że ekranowe zmagania z najwyższą górą świata ogląda się z wypiekami na twarzy.

Powód? Tyleż oczywisty, co ryzykowny. Chodzi w dużej mierze o wykorzystanie technologii 3D. Przeze mnie nielubianej, ostatnimi czasy zdecydowanie w kinie nadużywanej, tu natomiast pasującej jak ulał. Bo tylko w specjalnych okularach na nosie możemy tak naprawdę poczuć się częścią ekspedycji nowozelandzkiego wspinacza Roba Halla i poczuć ciarki na całym ciele, gdy bohaterowie pokonują kolejne skalne przeszkody. "Everest" oparty jest na faktach, obrazując jedną (z wielu) czarnych kart w historii himalaizmu: czas, w którym komercyjne ekspedycje zaczynały stawać się sposobem na życie, a tym samym najwyższy wierzchołek zdobyć mógł każdy - biznesmen, dziennikarz, a nawet listonosz.    

Tragiczne wydarzenia, do jakich doszło 10 maja 1996 roku, ujęte zostały w formułę gatunkową - trzymającego w napięciu thrillera. Kormákur nie opowiada tej historii z jednego punktu widzenia. Bohatera zastępuje tu zatem grupa, a przeciwnikiem, dużo bardziej bezwzględnym niż człowiek, staje się natura. Zapytany o to - z uwagi na to, skąd pochodzi - pół żartem przekonywał, że do tego filmu przygotowywał się od dziecka, każdego dnia w śnieżnej zamieci pokonując drogę do szkoły.

Na dobrą sprawę w "Evereście" od żelaznych faktów bardziej liczy się samo widowisko. A raczej jedno służy drugiemu. Rozczarowani będą ci, którzy szukają tu drobiazgowej rekonstrukcji majowych zdarzeń. Zadowoleni - miłośnicy dynamicznej akcji i wartkiej narracji. Filmowi Kormákura bliżej do klasycznej fabuły sprzed lat "K2" Franka Roddama niż do znakomitych górskich dokumentów. Islandczyk zachowuje jednak umiar. Mając do dyspozycji solidny budżet i plejadę hollywoodzkich gwiazd (z Jake Gyllenhaalem, Joshem Brolinem, Emily Watson i Keirą Knightley na czele), postanowił zrobić ten film w możliwie tradycyjny sposób, efekty komputerowe ograniczając do minimum. Stąd plenery Kathmandu, włoskie Dolomity robiące za Mount Everest, wiele kontuzji i uczucie ulgi po zakończonych zdjęciach, które wspominał Josh Brolin. Rodzaj ulgi po napisach końcowych odczuwa też widz. Ale w tym przypadku to akurat komplement.    

[Kuba Armata, 72. MFF w Wenecji]