"50 twarzy Greya" ("Fifty Shades of Grey"), reż. Sam Taylor-Johnson (2015)
 
Film "50 twarzy Greya" - zapowiadany na sensację sezonu, najszybciej sprzedający się pod względem biletów film dekady, kontrowersyjny, erotyczny, seksowny - w kinach oczywiście na Walentynki. Podczas pokazu nastoletnie fanki z przejęciem piszczały, gdy tytułowy Grey (Jamie Dornan) po raz pierwszy zdejmował koszulkę, wtórowały wypowiadanej na ekranie kwestii "Mr. Grey will see you now", żywiołowo klaskały niemal przy każdym pocałunku głównej pary. I dobrze - ten film jest właśnie dla nich. O to przecież chodzi w  "50 twarzach Greya". 
 
Christian Grey ma wszystko, co można kupić za pieniądze. Apartamenty, samoloty, auta - wszystko pierwsza klasa. Najwyraźniej nie zaznał jednak szczęścia w miłości. Kiedy po raz pierwszy spotyka niedoświadczoną studentkę Anastasię Steele (Dakota Johnson), jest nią z miejsca absolutnie zauroczony. Od tego momentu akcja gwałtownie przyspiesza - Grey aranżuje naprędce spotkania, nachodzi dziewczynę w jej miejscu pracy (sklep dla majsterkowiczów), zaprasza na kawę, ale w krytycznym momencie zawsze się wycofuje. Wzbudza zainteresowanie (i zazdrość koleżanek) na tyle, że Anastasia pragnie stać się częścią jego życia. Jako studentka literatury to w końcu niepoprawna romantyczka, której wydaje się, że naprawi wszystkie wady swojego chłopaka. Tymczasem Greyowi nie w głowie romanse. Nie traci czasu na randki przy świetle świec czy spacery przy pełni księżyca, tylko przechodzi od razu do rzeczy.  
 
Oczywiście, w "50 twarzach Greya" jest dużo seksu, uwodzenia i erotyki. Aktorzy częściej grają nago niż w ubraniach (przynajmniej takie odnosi się wrażenie). Cała osławiona "akcja" wydaje się jednak na tyle sterylna i "czysta", że o prawdziwej kontrowersji, w stylu choćby niedawnej "Nimfomanki" von Triera nie może być mowy. Dodatkowo Grey, ze wszystkimi swoimi dziwacznymi preferencjami, dla których brakuje w filmie uzasadnienia, bardzo troszczy się o swoją nową dziewczynę. Za każdym razem, kiedy spotykają się w jego "pokoju zabaw", dopytuje, czy wszystko w porządku, czy Anastasia nie jest aby zbyt zbulwersowana nadmiernym użyciem pejcza czy innej, równie wymyślnej zabawki.
 
Nie da się ukryć, że film Taylor-Johnson to produkt dla masowej publiczności. Nie pojawiają się w nim właściwie przekleństwa ani sugerowana w trailerach frontalna nagość. Słynne rzekomo skandaliczne sceny seksu (ktoś policzył, że to prawie pół godziny) są ostatecznie grzeczne i uładzone. Nie ma też prawdziwych filmowych bohaterów - aktorzy przechodzą z miejsca na miejsce wypowiadając zabawne lub poważne kwestie, jakby zdając sobie sprawę, że to wszystko na niby, ku uciesze gawiedzi. Nie mają czasu, by zbudować postaci z krwi i kości, większość marnują w tym nieszczęsnym pokoju albo o nim rozmawiając. Wszystko to są jednak wady mające swoje źródło zapewne w literackim pierwowzorze, który żywot rozpoczął podobno jako fan fiction - co czuć i w scenariuszu. Dornan i Johnson, chociaż raczej nie ma między nimi wystarczającej "chemii", robią z otrzymanego materiału, co mogą. Dornan (świetny w serialu "The Fall") gra półśrodkami, ustępując miejsca zdolnej, fotogenicznej i koncertowo gryzącej wargi Johnson. 
 
Oczekiwania wobec ekranizacji książki E.L James były pewnie równie wysokie co do siódmego epizodu "Gwiezdnych Wojen". Gotowy film jest na tyle płaski i banalny, że przynosi rozczarowanie oraz niedosyt, ale wiadomo, że w sumie nie o to chodzi. I tak przecież zobaczycie "50 twarzy Greya".
 
[Magdalena Maksimiuk, 65. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie]