• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Fusi
  • 2.9
  • 0
Fusi

"Fúsi", reż. Dagur Kári (2015)

Idealne dla: tych, którzy trzymali kciuki za przesiadującego w piwnicy bohatera "Nói albinói" i miłośników islandzkiego kina. Czyli dla wszystkich.

Mały krok dla człowieka, wielki skok dla ludzkości? Chyba raczej odwrotnie. W swoim najnowszym filmie Dagur Kári przekonuje, że choć niektórym dorastanie zajmuje nieco więcej czasu, nigdy nie jest za późno na to, żeby wreszcie zacząć żyć. I nosić kowbojski kapelusz. 

Nieśmiały Fúsi (Gunnar Jónsson, który w latach 20. mógłby spokojnie grać u boku Bustera Keatona) idzie przez życie na autopilocie; ma potężną nadwagę, pracuje na lotnisku jako bagażowy i pomimo ukończonych 43 lat wciąż mieszka z matką (Margarét Helga Jóhannsdóttir). Fúsi jest przyzwyczajony do odrzucenia - okrutne żarty i rzucane pod jego adresem niewybredne uwagi to dla niego codzienność. A przynamniej do czasu, gdy na urodziny dostaje karnet na… kurs tańca country.

Jak dobrze, że Dagur Kári wrócił wreszcie do ojczystego języka; jego ostatni film, zrealizowane w 2009 roku "Dobre serce", nie zachwycał nawet pomimo udziału zarośniętego Paula Dano i lejącego się strumieniami alkoholu. Wyprodukowany przez samego Baltasara Kormákura "Fúsi" to urocza, choć miejscami trochę zbyt przewidywalna opowieść, po raz kolejny udowadniająca, że odpowiedzi na wszystkie życiowe pytania należy szukać u Jane Austen. W końcu to przecież właśnie ona zauważyła kiedyś, że na pobudzenie uczuć najlepszy jest taniec. Nawet jeśli partner jest tylko znośny.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
Kadry z filmu "Fúsi", reż. Dagur Kári 

Choć łatwo byłoby podsumować film Káriego jako islandzką odpowiedź na "40-letniego prawiczka", od komedii Judda Apatowa bliżej mu raczej do obsypanego Oscarami dramatu "Marty" - Fúsi przechodzi bardzo podobną metamorfozę do samotnego rzeźnika Marty'ego Piletti granego tam przez Ernesta Borgnine. Jego fabuła może wydać się znajoma, ale jak na kolejny film o szukaniu siebie "Fúsi" jest jednak wyjątkowo subtelny. Zmiany dokonują się tu bardzo powoli - zupełnie jak w życiu ociężałego mężczyzny, którego z takim przekonaniem gra Gunnar Jónsson.

Stwierdzenie, że "Fúsi" opiera się na jego roli byłoby niesprawiedliwe - Jónsson stanowi jego serce, wątrobę i całą resztę narządów wewnętrznych. Kári po raz pierwszy zapragnął z nim pracować już 15 lat temu i łatwo zrozumieć dlaczego - islandzki aktor potrafi wyrazić więcej prawie niezauważalnym gestem dłoni niż inni długimi monologami. Oglądanie, jak jego potężny bohater bawi się samochodzikami, zawsze zamawia to samo danie w restauracji i woli odtwarzać przebieg bitwy pod El Alamein niż stawić czoło życiu, to czysta przyjemność. Najwyraźniej wcale nie trzeba zjadać surowej wątroby bizona, żeby zrobić wrażenie na widzach. 

"Fúsi" nie może pochwalić się znanymi nazwiskami ani spektakularnymi efektami specjalnymi. Zupełnie jak w przypadku wchodzącego prawie jednocześnie na ekrany kin dramatu Grímura Hákonarsona "Barany. Islandzka opowieść", nie ma w nim jednak ani odrobiny fałszu. Mały wielki film. 

[Marta Bałaga]