"G.I.Joe: Odwet": Zabawy z bronią

G.I.Joe: Odwet
Superprodukcja Jona M. Chu ma wszystkie emblematyczne elementy opowieści o niezłomnych-amerykańskich-marines-wystawionych-na-próbę-i-skazanych-na-infamię. I nie jest to film tylko dla tych, którzy w dzieciństwie maniakalnie kolekcjonowali uwięzionych w plastikowych wyprawkach na półkach Pewexów bohaterów z ruchomymi stawami.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych G.I. Joes stanowili koszmar senny świętego Mikołaja. Jowialny dziadek zasiadał przy kominku w Laponii i kolejno odpieczętowywał listy, w których jak w litanii odmieniano G.I. Joes przez przypadki i modele. Nasi amerykańscy rówieśnicy prosili o Spearheada, Duke'a albo Snake Eyes'a, zaś dzieciaki znad Wisły o tego czarnego z mieczami oraz tamtego w pomarańczowym mundurze i przydużym hełmie. Okazja do nadrobienia wiedzy przyszła dosyć szybko, wraz z publikacją komiksu opiewającego losy bohaterów uwięzionych w plastikowych wyprawkach na półkach Pewexów. O ile jednak w kategorii figurek G.I. Joes nie mieli sobie równych, o tyle w domenie komiksu niezmordowane TM-Semic zalewało nas już klasycznymi Batmanami, Spidermanami i Punisherami. Dlatego najlepsze historie o dwunastocentymetrowych żołnierzykach powstawały na podwórkach, gdzie nikt nie zawracał sobie głowy podziałem na członków elitarnego oddziału amerykańskiej armii i popleczników terrorystycznej Cobry. Amerykański mundur nie niósł ze sobą żadnego unikalnego znaczenia, stanowiąc taki sam kostium jak czarny kombinezon ninja. Była jednak rzecz, która sprawiała, że w każdym dowolnym momencie oddałbym mojego seledynowego Batmana albo ukochanego Pocahontas, Johna Smitha z zestawu dziecięcego w McDonalds, za któregokolwiek z Joes. Tą rzeczą były ruchome stawy barkowe, łokciowe i kolanowe, które powiększały arsenał możliwych akcji na figurkach o 1000 procent.
 
"G.I. Joe: Odwet" jest adaptacją serii zabawek do realiów filmowych. Serii, która - mimo wszystko - posiada szersze zaplecze historyczno-ideologiczne, niż byliśmy tego świadomi jako dzieci, ale - uwaga! -żołnierzyki G.I. Joe nadal mają ruchome stawy. Dziś nie wyróżnia ich to tak mocno spośród konkurencji, ale wciąż daje ogromne możliwości choreograficzne. Zaś o ich wykorzystanie zadbał Jon M. Chu, reżyser dwóch części znanej z polskich ekranów tanecznej serii "Step Up". W tamtych filmach pretekstowa fabuła była jedynie klajstrem sklejającym do kupy dynamiczne i (niekiedy) porywające sceny tańca. W sequelu "G.I. Joe" cieniutki łańcuszek zdarzeń służy tylko podtrzymywaniu  (co nie znaczy – uzasadnianiu) paciorków kolejnych mordobić i rozwałek. W tym filmie nikt nie zawraca sobie głowy takimi szczegółami, jak wyjaśnienie wprowadzenia kluczowej dla fabuły postaci albo  przeprowadznie ciągu przyczynowo-skutkowego pomiędzy określonymi momentami. Jeśli historia służy tu do czegokolwiek, to tylko do przedrzeźniania stereotypów zaklętych w kultowej serii zabawek Hasbro. Być może wykazuję się tutaj nadmiarem dobrej woli, ale odniosłem wrażenie, że twórcy dość świadomie eksponują w historii G.I. Joes jedynie te momenty, które stanowią emblematyczne elementy każdej opowieści o niezłomnych-amerykańskich-marines-wystawionych-na-próbę-i-skazanych-na-infamię. Mamy więc napompowaną „Miss agent" z kompleksem Elektry, mamy arsenał ukryty w sprzętach AGD i meblach, mamy trickstera zmieniającego strony konfliktu i… nie jedną, ale 8 nuklearnych walizek z czerwonymi przyciskami oraz jedną überwalizkę, "by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać". Całość jest niespójna i nie posiada absolutnie żadnego sensu, podobnie jak dziecięce zabawy żołnierzykami na skarpie za domem, zachowuje jednak pełen urok tamtych historyjek, których puentą nie była salwa honorowa na cześć zwycięzców, ale przelot figurki z jednego drzewa na drugie, na przywiązanej do przegubu lince.
 
Największą zaletą filmu, jest jednak to, że jego paliwem nie jest jedynie nostalgia 20-30 letnich chłopców tęskniących za dzieciństwem. Zamiast ruchomych stawów, G.I. Joe mają dziś bowiem świetną choreografię scen walki (starcie Snake Eyes'a i Jinx z armią czerwonych Ninja na lodowcu zapiera dech w piersiach jak wspinaczka Ethana Hunta w "Mission Impossible: Ghost Protocol" na Burdż Chalifa w Dubaju) i efektowne 3D, odwołujące się co prawda do starego jak świat miotania przedmiotami w widownię, ale podtrzymujące napięcie. "G.I. Joe: Odwet" to dwugodzinne chaotyczne starcie plastikowych żołnierzyków, z którego zaczerpnąć można całkiem sporą dozę satysfakcji. Pod warunkiem, że ogląda się je z przymrużeniem oka z okularami 3D na nosie.
[Stanisław Liguziński]