"Głosy" ("The Voices"), reż. Marjane Satrapi (2014)

Świat jest piękny. Pod warunkiem, że Jerry nie bierze swoich leków.

I trudno mu się dziwić, że woli spłukać farmaceutyki w toalecie - kiedy tylko odkłada na bok pigułki przepisane przez psychiatrę, jego zapyziała nora zmienia się w przytulne mieszkanko, szary świat skrzy się feerią barw, nudna praca wydaje się znacznie przyjemniejsza, a wszystko wokół staje się symetryczne, dopasowane, schludne, landrynkowe; w dodatku w tle kolorowe motylki nucą miłosne pieśni i nawet zakrwawiony trup wygląda nader estetycznie, niczym królewna Śnieżka z baśni Disneya. Co ważniejsze, Jerry (Ryan Reynolds), opuszczony dziwak bez przyjaciół, łaknący choćby odrobiny zainteresowania od którejś z przedstawicielek płci pięknej (Gemma Arterton lub, z braku laku, Anna Kendrick), przestaje czuć się tak bardzo samotny, kiedy odkrywa, że może rozmawiać z każdym żywym - i nieżywym - stworzeniem.

Ta psychotyczna sielanka, jak można się spodziewać, nie trwa wiecznie, a kiedy dochodzi do katastrofy, Jerry pocieszenia i wsparcia szuka u swoich domowników, którzy niczym anioł i diabeł szepczący do ucha drobne sugestie będą pomagali mu podjąć decyzje, forsując swoje skrajnie odmienne racje. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owymi domownikami są poczciwy pies i niezbyt uprzejmy kot (którym głosu użycza Ryan Reynolds, zgrabnie podkreślając schizofrenię swojego bohatera). I tak spirala szaleństwa, napędzanego przez kolejne działania popadającego w odmęty krwawego obłędu Jerry'ego, zaczyna się nakręcać.

Widać, że Marjane Satrapi, nagradzana autorka powieści graficznych, która po godzinach zabiera się za reżyserowanie (i nieźle jej to wychodzi, bo za animowane "Persepolis" zgarnęła nominację do Oscara), ma świetny zmysł estetyczny; momentami kadry przypominają utrwaloną grafikę z komiksu, dwa światy płynnie przeplatają się ze sobą, kolorystyka balansuje między szarością a nasyconymi, nienaturalnymi barwami. Jednak plastyczna wizja nie zawsze jest w stanie zamaskować słabości scenariusza. Choć pomysł na fabułę jest niezły, a nawet, można się pokusić o stwierdzenie, dość oryginalny, nie udaje się go rozciągnąć na tyle, by utrzymać zainteresowanie widza przez cały seans; szybko traci swą świeżość i element zaskoczenia, przez co "Głosom" brakuje ikry, czegoś, co wyróżni je spośród setek innych czarnych komedii.

Ponieważ poczucie humoru jest rzeczą subiektywną i niedyskusyjną, trudno jednoznacznie ocenić potencjał komediowy mocno specyficznych i skierowanych do wyselekcjonowanego grona odbiorców "Głosów"; należy jednak przestrzec co wrażliwych widzów, że żarty są tu mocne, dosadne i krwawe - jucha leje się na wszystkie strony, piła zatapia się w ludzkim ciele z częstotliwością rodem z horrorów - a gadająca głowa z lodówki wydaje się jednym z tych subtelniejszych. Miłośnicy absurdu mogą za to pokochać Satrapi miłością czystą i szczerą już od pierwszej chwili, kiedy rudy kot, w przerwie między wieczorną toaletą, będzie domagał się jedzenia, wyzywając swojego opiekuna od najgorszych i, przeprowadziwszy krótką, acz wnikliwą psychoanalizę, da mu krótki wywód na temat zabijania. Albo kiedy rozśpiewany Jezus, w rytmie wpadającej w ucho i niedającej się zapomnieć nawet kilka dni po seansie piosenki, zasiądzie za kierownicą wózka widłowego. Zresztą i właściciele zwierząt znajdą tu kilka trafnych obserwacji zachowań domowych pupili, by dojść do wniosku, że może to i dobrze, że psy i koty głosu nie mają.
 
[Sonia Miniewicz]