"Gra o tron": Za wolny ten rozbieg

Wstaw podpis tutaj
Uwaga! Poniższy tekst zawiera spoilery, więc jeśli nie widziałeliście ostatniego odcinka "Gry o tron" i wciąż macie ochotę go obejrzeć, zatrzymajcie się po 3 akapicie.
 
W języku angielskim funkcjonuje związek frazeologiczny "arrested development", znaczący mniej więcej tyle, co przyhamowanie czy też wstrzymanie rozwoju. Patrzysz pięć lat wstecz i nie poznajesz siebie? Możesz odetchnąć z ulgą. Patrzysz dekadę i widzisz tego samego mężczyznę/tę samą kobietę? Znaczy, że albo jesteś bohaterem/bohaterką sagi "Zmierzch", albo przez ostatnich kilka lat dojrzewało tylko twoje ciało. Niby to nic złego, zawsze jest jeszcze czas na zmiany, ale jeśli życie sformatowane jest na konkretną ilość odcinków, musisz się pogodzić z faktem, że kilka z nich przegapiłeś.
 
Rzecz jasna nie rzucam tych komunałów do was, tylko do postaci z serialu "Gra o tron". W oczekiwaniu na premierę nowego sezonu odświeżyłem sobie dwa poprzednie, a następnie chwyciłem za książki George'a R.R. Martina. Wciąż brnę, co prawda, przez drugi tom, ale spodziewam się, że już w przyszłym tygodniu stanę przed dylematem "być zaskakiwanym przez rozwój wypadków na ekranie, czy nie być?". W związku z tym, że moja wiedza o Westeros puchnie w tempie geometrycznym, oczekiwałem od pierwszego epizodu trzeciej serii prawdziwego trzęsienia ziemi.
 
W trakcie napisów końcowych trzy razy upewniałem się, że nie nawalił mi zegarek i rzeczywiście minęła godzina zegarowa. Chciałbym zaznaczyć, że naprawdę cenię sobie przydługie ekspozycje pozwalające na wprowadzenie nowych bohaterów lub pogłębienie charakterystyk tych, których już znamy, ale "Nawałnica mieczy" ma w amerykańskim zbiorczym wydaniu prawie 1000 stron. Rozumiem, że Peter Jackson daje krasnoludom pośpiewać przez pierwszych 20 minut "Hobbita", ale on pracuje nad dziesięciogodzinną adaptacją dwustustronicowej książki.
 
Oglądając "Grę o tron" i czytając "Pieśń Lodu i Ognia" można dojść do wniosku, że George Martin wierzy raczej w los niż przypadek. Każde wydarzenie daje się precyzyjnie umieścić na mapie krzyżujących się łańcuchów przyczynowo-skutkowych. Gdyby Jon Arryn nie tropił bękartów króla, Ned Stark nie zostałby namiestnikiem; gdyby Bran się nie wspinał, Ned zdążyłby skompromitować Cersei przed Robertem i tak dalej. Rzecz w tym, że rozwój wypadków w Westeros musi ukazać potencjał każdej postaci. Znając Martina, każdy z tych talentów zostanie spożytkowany, kiedy już nadejdzie Zima. Ale nie w tym rzecz. Otóż, ta żelazna konsekwencja pozwala na redukowanie wątków, które mimowolnie wyrastają z poprzednich sekwencji. Tymczasem ostatnia odsłona "Gry o tron" obfitowała w cały szereg scen niepotrzebnych. Rozumiem, że Bronn ociągający się z wyjściem z burdelu wzmaga suspens w rozmowie Cersei i Tyriona, bowiem jego sowicie opłacana lojalność jest ostatnim gwarantem bezpieczeństwa Lannistera. Cała beznadzieja jego położenia została już jednak wygrana w genialnej scenie przebudzenia po bitwie nad Czarnym Nurtem, zaś ani pościelowe przypadki Bronna, ani jego ociąganie, nie mówią o najemniku niczego, czego już byśmy nie wiedzieli. Podobne przypadki można w pierwszym odcinku trzeciego sezonu mnożyć: Daenerys przyglądająca się najemnej armii eunuchów-dzieciobójców? Translatorskie wysiłki tłumaczki pośredniczącej pomiędzy nią, a sprzedawcą może i wnoszą tu odrobinę humoru, ale umówmy się, że jest to ten typ dowcipu, który zajeździły już przeróżne kabarety nie najwyższych lotów. Robb Stark umieszczający matkę pod kluczem? Zaraz, zaraz, czy ten serial nie ciągnie się już od 8 odcinka 2 serii? Ygritte oznajmiająca Jonowi, że za moment wejdą do obozu króla za Murem? Czy on naprawdę zdążył już o tym zapomnieć, skoro były to ostatnie słowa, jakie usłyszał w poprzednim epizodzie?
 
Rzecz jasna, to wciąż jest fantastycznie zagrany odcinek, w którym poszczególne wątki nienagannie się zazębiają i żaden z tych argumentów nie miałby większego ciężaru, gdyby nie paląca pewność , że do końca sezonu zostało już tylko dziewięć godzin. Może dlatego czuję pewien niedosyt po tym miękkim lądowaniu, skrojonym pod to, żeby osadzić nas na powrót w porzuconych kilka miesięcy wcześniej zdarzeniach. Na dzień dzisiejszy ma to jakiś sens, ale w przyszłości sięgając bo boks z zebranymi seriami "GOT" na dvd, będę miał poczucie, że ten jeden „zaaresztowany" odcinek mogę sobie podarować.
[Stanisław Liguziński]