Hannibal
"Hannibal" to specyficzny serial dochodzeniowy. Jego twórcy odwołują się do popkulturowej wiedzy o tożsamości głównego bohatera, korzystając ze wszelkich skojarzeń, które przychodzą do głowy dzięki niezapomnianej kreacji Anthony'ego Hopkinsa w "Milczeniu owiec". 
 
Tytułowy bohater pojawia się dopiero w 22. minucie pilotowego odcinka. Za pierwszym razem dosłownie na ułamek sekundy. Oczywiście, podnosząc do ust widelec. Obecność Hannibala Lectera będzie nam dawkowana w małych kęsach. Potwora nie można pokazać za szybko i prezentować zbyt długo, inaczej nie będziemy się go bali. Najbardziej przerażająca jest sama reakcja na dźwięk nazwiska doktora. Fabularnie najnowsza produkcja telewizyjna przenosi nas w czasy prehistorii Lectera. Wydarzenia, które obejrzymy, poprzedzają nie tylko film Jonathana Demme'a, ale również "Czerwonego smoka" - pierwszą z cyklu czterech książek Thomasa Harrisa o słynnym psychiatrze - kanibalu, dwukrotnie ekranizowaną. Nie cofamy się tak daleko, jak w filmie "Hannibal – po drugiej stronie maski", czyli do Europy, gdzie późniejszy psychoterapeuta z Baltimore spędził traumatyczną młodość. Jesteśmy już w Stanach Zjednoczonych, a Lecter cieszy się renomą, przyjmując pacjentów w urządzonym ze smakiem gabinecie. Ale jeszcze nikt nie podejrzewa, że w jego przypadku kwestia smaku sięga głębiej niż dekoracja wnętrz, rozkosze melomana i wyrafinowane posiłki z powszechnie dostępnych rodzajów mięsa. Nieświadomy jest nawet pierwszoplanowy bohater Will Graham - konsultant FBI, dochodzeniowiec i behawiorysta. On potrafi wczuć się w psychikę ściganych morderców. I właśnie jest na tropie kolejnego zwyrodnialca, polującego w specyficznym celu na młode dziewczyny. 
 
Kolejna ważna cecha serialu "Hannibal" polega na połączeniu kameralnego charakteru, z maksymalną inscenizacją. Widzowie nie zobaczą śledztwa, dzięki narracji i kamerze wkroczą za to do wnętrza psychiki detektywa. Cierpi on na zupełnie inny zestaw natręctw niż detektyw Monk, zbiera na przykład z szos bezdomne psy. Przemieszcza się po całych Stanach Zjednoczonych, ale nie śledzimy jego podróży. Przeskakujemy z miejsca zbrodni do miejsca namysłu, bez międzylądowania. Jesteśmy zdani w całości na wizje, opinie i diagnozy. Pod tym względem "Hannibal" przypomina "Magię kłamstwa" i "Mentalistę". Przy czym bohaterowie Tima Rotha i Simona Bakera mieli do pomocy oddany zespół specjalistów, a postać, którą kreuje Hugh Dancy, musi radzić sobie sama. Graham z jednej strony jest obarczony zaufaniem przełożonego, obdarzonego charyzmą Laurence'a Fishburne'a, z drugiej prowokacjami doktora Lectera, sportretowanego w dwuznacznym stylu Madsa Mikkelsena. Duński aktor, słusznie wychwalany za hipnotyzującą i nagrodzoną w Cannes rolę w "Polowaniu", tym razem dowiódł swej aktorskiej odwagi. Z porównań z genialną rolą Hopkinsa nie może wyjść zwycięsko. Bez ikonicznego wizerunku Lectera nie byłoby nawet pomysłu na serial drążący początki jego patologii. 
@page_break@
 
Hannibal
"Hannibal" w świecie fikcji cofa się w czasie, ale w rzeczywistości fanowskich skojarzeń i języka filmowego proponuje podróż w przyszłość, niczym ostatnie wersje "Robin Hooda" czy "Sherlocka". To również jest wariacja na temat, ale z ambicjami wykraczającymi poza fantazjowanie i rozrywkę. Twórcy chcą zdemaskować źródło powszechnie znanej tożsamości jednego z najbardziej rozpoznawalnych czarnych charakterów w historii kina. Skupiają się w tym celu na delikatnej konstrukcji jego późniejszego demaskatora – Willa Grahama, koncentrując się nie na wydarzeniach, a na przenikaniu do podświadomości bohatera. Właśnie w tym celu ograniczono w serialu wątki, na których skupia się każdy "procedural". Śledztwo pokazywane jest symbolicznie, w podwójnym znaczeniu tego słowa. Wizualnie sceny brutalnych morderstw i praca ekipy dochodzeniowej przypominają  „Dextera". Piękna czerwień krwi pada na sterylną biel świata. Ocieramy się jednocześnie o perwersję i pretensjonalność. Tak jak obecne od niedawna w TVP "Żywe trupy" oraz tegoroczna premiera "The Following", "Hannibal" przesuwa granicę dopuszczalnych w telewizji scen grozy, koncentrując się przy tym na skutkach przemocy. Niekoniecznie jednak szokuje. Zbyt wyreżyserowana i wystylizowana jest zbrodnia. Twórcą serialu jest Bryan Fuller, autor "Magii Niagary" i "Gdzie pachną stokrotki". Poetyka znana z tych dzieł  zostaje zachowana.
 
Scenograficznie "Hannibal" pełen jest niepokojących akcesoriów, które nagle mogą stanowić centrum zbrodni i ujęcia. Taktyka szpikulca do lodu z "Nagiego instynktu" łączy się tu z wyjaśnianiem symboliki rogów łosia. Taka kombinacja może wyglądać fantastycznie w dziewiątym i jedenastym odcinku pierwszej serii. Oba wyreżyserował Guillermo Navarro, wybitny operator m.in "Labiryntu fauna", za który dostał Oscara.

Dyscyplina kolorystyczna serialu, zwolnione ujęcia i rola muzyki Bryana Reitzella prowadzą nas w nolanowskie rewiry. Podobnie jak "Incepcja" "Hannibal"  w języku filmowym stawia znak równości między wyobrażeniami, a rzeczywistością świata przedstawionego. Dopiero montaż, rekwizyt lub postać są w stanie wskazać różnicę między snem a jawą, wizją a rekonstrukcją. Sceny zbrodni obserwujemy z Grahamem w roli ofiary. Bohater Dancy'ego cierpi, starając się wejść w skórę bohaterów. A suspens zbudowany jest na oczekiwaniach widza, który wie, że bohater Mikkelsena będzie próbował tę skórę zdjąć. 
[Ian Pelczar]