"Hiszpanka" (recenzja): rozpustny wizualnie film


"Hiszpanka", reż. Łukasz Barczyk (2014)

Wysoko poprzeczkę superprodukcjom "Hiszpanka" zawiesiła. Rozpustny wizualnie film Łukasza Barczyka błyszczy pięknymi i spektakularnymi obrazami oraz wciąga pomysłowo zawiązaną intrygą - przy okazji pokazując reżysera jako człowieka o świetnej, niezwykle szerokiej wyobraźni.

Niezbadane są losy ludzkie, czego "Hiszpanka" jest najlepszym dowodem, a Łukasz Barczyk najlepszym przykładem. Twórca dotąd właściwie nieodgadniony, mocniej kojarzony ze swoimi pierwszymi, skromnymi filmami, odsłania talent dosyć niespodziewany. Kto by pomyślał, że drzemie w nim apetyt na projekt zrealizowany z takim rozmachem, a zarazem odwagą i uporem. Bo po "Hiszpance" widać, że upór musiał być tu niezbędny, choćby po to, aby włożyć w takie role aktorów zupełnie nietypowych. Po to, aby doprowadzić taki film do końca - zarówno pod względem opowiedzianej w nim historii, jak i strony realizacyjnej. Obie te rzeczy bowiem znacznie odbiegają od standardów polskiego kina. Fabuła jest wariacją na temat przeszłości, fantazją niczym w "Bękartach wojny", zaś skala widowiska wreszcie ułożyła się gdzieś bliżej światowych superprodukcji niż "Bitwy pod Wiedniem" Renzo Martinelliego.

Wyczarowane w komputerze światy przekonują i zarazem nie budują fasady widowiska bez duszy. Nie jest więc tak, że efekty specjalne odrywają uwagę od fabuły - są jej integralną częścią, przeobrażającą historię w mroczną baśń. W "Hiszpance" spotykają bowiem autentyczne postacie i wydani przez wyobraźnię scenarzysty bohaterowie. Mają oni uratować mistrza Ignacego Jana Paderewskiego przez śmiercią z ręki demonicznego Doktora Abuse, wysłannika wrogiego obozu. Wszystko dzieje się na dzień przed Powstaniem Wielkopolskim, w czasie, gdy Polska walczy o wyzwolenie.

Nasycona pomysłami wizja Barczyka trzyma tempo, choć nieco kombinuje z aktorstwem. Prawie każdy z nich gra tu zgodnie z konwencją przesady i przerysowania, co nie wszystkim wychodzi z jednakową lekkością. Nie wszyscy bohaterowie mają też charyzmę porównywalną z zagranicznymi gwiazdami obecnymi na ekranie. Nie można wszak jej odmówić znakomicie pasującemu do tego typu kina Crispinowi Gloverowi, trudniej zaś ja przyznać np. Sandrze Korzeniak, która zdaje się nieco przytłoczona obfitym kostiumem. Te drobiazgi są jednak jedynie czymś dzielącym "Hiszpankę" od bycia filmem doskonałym i pozostawiającym ją na pozycji filmu bardzo dobrego. Niewiele uroku jej tym odbierają, a już na pewno nie odbierają widzowi zbyt wiele z świetnej zabawy. Bo ile polskich superprodukcji może się pochwalić takim osiągnięciem?
 
[Urszula Lipińska]