"Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" (recenzja): wygrana bitwa Petera Jacksona


"Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" ("The Hobbit: The Battle of the Five Armies"), reż. Peter Jackson (2014)

Jeśli ostatnia część "Hobbita" jest porażką, to chciałbym oglądać w hollywoodzkim kinie więcej tak wspaniałych porażek.

Przed seansem "Bitwy Pięciu Armii" postanowiłem, że zawieszę swoją niewiarę w sukces tego filmu. Postanowiłem nie patrzeć na niego jak na ekranizację jednej z moich ukochanych książek i jak na film jednego z moich ulubionych reżyserów. Wybrałem bezpretensjonalne, i być może idealistyczne, podejście zakochanego w kinie wiecznego dzieciaka - Piotrusia Pana, który ucieka do filmowej Nibylandii, by świetnie się bawić i zapomnieć o troskach szarej rzeczywistości. Z radością stwierdzam, że nie zawiodłem się. Ba, wyszedłem z kina w pełni usatysfakcjonowany.

Owszem, zdarzają się w "Bitwie Pięciu Armii" dłużyzny i sceny pełniące funkcje wypełniaczy, ale kiedy wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna, nagle pojawia się ratunek w postaci porywającej sekwencji, wspaniałej wizualnie postaci bądź błyskotliwego dowcipu. Zaryzykuję postawienie tezy, że Peter Jackson jest mistrzem tego, co Tolkien nazywał eukatastrofizmem, czyli cudu następującego w momencie, gdy totalnie się tego nie spodziewasz. Tak jak kiedyś uwierzyłem, za sprawą Petera Jacksona, w to, że Nowozelandczyk Colin McKenzie był prekursorem kina, tak teraz znów uwierzyłem w zdolność reżysera "Niebiańskich istot" do poradzenia sobie z misją pozornie niemożliwą - wydłużeniem "Hobbita". Jackson wyszedł z tego zadania obronną ręką. 

Inna sprawa, że dla mnie książkowy "Hobbit" zawsze był zbyt krótki i pozostawał we mnie spory niedosyt. Za mało było w nim Gandalfa, Golluma i pozostałych bohaterów. Bardzo dziękuję więc Jacksonowi, że mogłem dłużej przebywać w magicznym świecie Śródziemia. Dziękuję Jacksonowi za to, że jego kolejny film znów trzymał mnie w napięciu, bawił i wzruszał. Wcale nie przeszkadzają mi wszelkie zmiany i nowe postaci. Mało tego, w świetle tych korekt, nieco autotematycznie brzmią słowa skierowane w tej trylogii do Thorina i Bilba o tym, jak bardzo się zmienili. Bilbo odparł na to, że nabrał odwagi.

Podziwiam odwagę, a nie zaślepienie, twórców filmowego "Hobbita" i mam nadzieję, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Bardzo chętnie wpadłbym jeszcze na podwieczorek do Shire, choć niekoniecznie czekam na spin-off o Legolasie. A komu nie podobają się ingerencje względem literackiego oryginału, niech się zastanowi, ile jest Bonda w Bondzie i Batmana w Batmanie. Być może potrzebujemy jeszcze trochę czasu, by nabrać dystansu do arcydzieł Tolkiena, skoro zdania na temat "Bitwy Pięciu Armii" są podzielone. Jeśli jednak ostatnia część "Hobbita" jest porażką, to chciałbym oglądać w hollywoodzkim kinie więcej tak wspaniałych porażek.
 
[Michał Hernes]