• Marta Bałaga
    Marta Bałaga
Kim jest Michael
  • 3.8
  • 0
Kim jest Michael

James Franco: nie lubię, kiedy mi się odmawia [wywiad]

W 2007 roku Michael Glatze, znany aktywista walczący o prawa mniejszości seksualnych, przeżył religijne nawrócenie. Z dnia na dzień zakończył wieloletni związek z mężczyzną, opuścił San Francisco i… został pastorem zwalczającym homoseksualizm. "Ta historia udowadnia, jak ważna jest potrzeba identyfikacji. Bez względu na to, czy chodzi o geja, chrześcijanina czy buddystę" – mówi reżyser Justin Kelly, gdy spotykamy się po premierze "Kim jest Michael". "To niezwykle złożona postać, ale James świetnie sobie poradził. Widać, że to dla niego nie pierwszyzna".

To spore niedopowiedzenie, bo doświadczeniem Franco mógłby obdzielić pół obsady filmu. Odkąd zagrał w serialu "Luzaki i kujony", jego kariera szybko nabrała rozpędu, ale on nigdy nie miał zamiaru ograniczać się do jednej aktywności. Reżyseruje filmy, wykłada na uniwersytetach, publikuje opowiadania, wystawia prace w galeriach. Seth Rogen, który wkrótce zagra w wyreżyserowanym przez niego dziele opowiadającym o realizacji "The Room", czyli najgorszego filmu świata, ujmuje to w ten sposób: "Kim tak naprawdę jest James Franco? Artystą? Aktorem? Naukowcem? Niełatwo przyprzeć go do muru, ale podobno wielu facetom już się to udało".

Z zawiniętym w gruby sweter Jamesem Franco o wzbudzającym skrajne reakcje Michaelu Glatze, nadrabianiu straconego czasu i człowieku, którego uważa za duchowego przewodnika rozmawia Marta Bałaga

Marta Bałaga: Prawdziwy Michael jest teraz fundamentalistą nawołującym do "leczenia" homoseksualizmu. Wydaje mi się, że w "Kim jest Michael" został ukazany znacznie łagodniej. 

James Franco: Ludzie różnie reagują na ten film – niektórzy uważają, że nie udało nam się ukazać pełni jego nienawiści. Inni, że go demonizujemy. To fantastyczne! Od początku było to naszym celem. Michael obejrzał film na festiwalu w Sundance i bardzo mu się podobał – jest teraz dużo spokojniejszy, nie ma w nim tyle nienawiści. Większość dialogów nawiązuje do tego, co naprawdę napisał, ale nie staraliśmy się robić z niego czarnego charakteru – tak mi się przynajmniej wydaje. 

Trudno się z nim jednak utożsamić.

Właśnie dlatego lubię ten film – nie oferuje odpowiedzi. Pewnie – tak byłoby o wiele łatwiej. Bez problemu moglibyśmy pokazać w nim całą masę ludzi mówiących o nim okropne rzeczy. Ale nam chodziło o to, żeby zachować w tym wszystkim jakiś balans. Żeby to widownia sama mogła zdecydować, co o nim sądzi i jak postrzega jego wewnętrzną przemianę. Wszystkie informacje już tam są – to, jak zostaną odebrane należy już tylko do widza. 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
Kadry z filmu "Kim jest Michael", reż. Justin Kelly

Oprócz Michaela wcieliłeś się już w Jamesa Deana, Arona Ralstona, Hugh Hefnera, Allana Ginsberga. Lubisz grać autentyczne postaci?

Michael nie jest tak znaną postacią jak na przykład Ginsberg [amerykański poeta, którego Franco zagrał w filmie "Skowyt"], nie musiałem więc skupiać się na naśladowaniu jego charakterystycznego zachowania. Jako aktor wierzę w dokładne przygotowanie się do roli. W to, żeby rzeczywiście poświęcić na to czas, bo każdy projekt jest inny i wymaga czegoś innego. W "Kim jest Michael" odpowiedni kierunek nadawał mi Justin. Był moim Yodą [śmiech]. Myślę, że stałem się typem aktora, który lubi i ceni bliską współpracę z reżyserem. Przestałem się już jej bać. W przypadku tego filmu szybko zdałem sobie sprawę, że nie mogę zwrócić się bezpośrednio do Michaela – nie znalazłbym u niego prawdy, tylko obecną wersję wydarzeń. To Justin częściej z nim rozmawiał, to on skontaktował się z jego byłymi partnerami, z siostrą. Ze wszystkimi ludźmi, którzy go otaczali i w pewnym momencie życia byli dla niego ważni. Może dlatego miał o wiele bardziej wyważone spojrzenie na to, co się stało. I nie chodzi tu tylko o zrozumienie religijnych pobudek, które nim kierowały. Chodziło o jego psychologiczne traumy, o to, jaki wpływ miała na niego utrata rodziców w młodym wieku i paraliżujący strach przed śmiercią, który od tamtej pory odczuwał. To, jak zbudowałem tę postać, to wyłącznie zasługa Justina. 

Na prawie każdy festiwal przyjeżdżasz promować co najmniej kilka filmów. Piszesz książki, wykładasz na uniwersytecie. Nie boisz się, że wszędzie jest Ciebie trochę za dużo

Staram się pracować nad rzeczami, które mnie interesują. I tak się składa, że jest ich bardzo wiele – pewnie nigdy nie zdołam zrealizować wszystkich moich zamierzeń. Wiele rzeczy mnie ekscytuje. Jeśli mogę pozwolić sobie na to, żeby realizować moje pasje, to czemu miałbym z tego nie skorzystać? Naprawdę zależy mi na powstaniu tych wszystkich projektów i nie chodzi tu tylko i wyłącznie o to, by zadowolić własne ego. Jeśli historia jest interesująca, jeśli to, o czym opowiada jest ciekawe, po prostu chcę ją opowiedzieć. I to wcale nie dlatego, że dzięki temu będę miał na koncie kolejny film, w którym zagrałem, albo który wyreżyserowałem.

Albo który spowodował atak hakerski. Od skandalu, jaki wywołał "Wywiad ze słońcem narodu", upłynęło już trochę czasu. W wyniku przecieku w Sony poleciało kilka głów.

Taak. Każdy z nas odetchnął z ulgą, kiedy to się wreszcie skończyło – nie było w tym nic przyjemnego. [Namyśla się]. Zrobiłem wszystko to, co mi kazano. Pozbyłem się wszystkich zdjęć z komputera. Poradzono mi, by uważać na moje konta, więc na nie uważam. Cała ta sytuacja rozgrywała się gdzieś poza mną - miałem tylko siedzieć cicho i czekać, aż wszystko ucichnie. Nie oznacza to jednak, że nie odczuwałem presji. 

Na podstawie Twojego zbioru opowiadań Gia Coppola zrealizowała film "Palo Alto". Historie zagubionych nastolatków pełne są autobiograficznych wątków. Masz w sobie pragnienie, by nadrobić stracony czas?

Może kiedy byłem młodszy [śmiech]. Ale tak było na samym początku mojej kariery. Jestem wdzięczny za wszystko, co mnie spotkało. Gdybym chciał zdobyć się na szczerość, powiedziałbym nawet, że udało mi się osiągnąć wszystko, o czym kiedyś mogłem tylko pomarzyć. Nie wiem, czy wciąż mam w sobie jeszcze ten głód. Teraz kieruje mną raczej to, że jest tyle rzeczy, które kocham robić. Tyle osób, które podziwiam i z którymi chcę pracować. To wszystko sprawia, że życie jest coś warte. 

Nigdy nie przeszło Ci przez myśl, żeby robić w życiu coś innego?

Nie chciałbym robić niczego innego. Sam nie wiem dlaczego. No i co właściwie miałbym wtedy robić, siedzieć na jakiejś wypasionej imprezie w St. Barts? Zdarza się, że recenzenci się nade mną pastwią – zwłaszcza nowojorska scena artystyczna, choć ostatnio zdarza się to coraz rzadziej.  Mówią: "Kolejny durny aktor, który chce zostać artystą". Niektórych to wkurza. Nie czytam recenzji. Nie dlatego, że nie wierzę w to, co się w nich głosi, ale nie potrafię znaleźć w tym wszystkim tejczystości. W niczym mi to nie pomaga. Wolę porozmawiać ze znajomymi, z ludźmi, którzy zajmują się tym samym, co ja. To właśnie do nich się zwracam, gdy potrzebuję wysłuchać opinii kogoś innego. Nie kieruję się tym, co wypisują krytycy. Robię to, co kocham - wykładam obecnie na trzech uczelniach i traktuję to jako sposób na to, żeby odwrócić od siebie uwagę. Wreszcie mogę skupić ją na innych osobach.

Czy pracując w takim tempie masz czas, żeby się na chwilę zatrzymać? Żeby przyjrzeć się bliżej temu, co robisz

A po co? Nie czekam bezczynnie na to, żeby ktoś zaproponował mi pracę – sam jej aktywnie szukam. Uwielbiam filmy Reinera Wernera Fassbindera - kiedy reżyseruję, myślę właśnie o nim. To mój duchowy przewodnik, bo udało mu się zrealizować o wiele więcej niż mnie [śmiech]. Wim [Wenders, z którym pracował na planie filmu "Every Thing Will Be Fine"] powiedział mi kiedyś, że dostał się do szkoły, do której nie przyjęto Fassbindera. Zanim udało mu się ją ukończyć, Fassbinder zdążył już nakręcić trzy pełnometrażowe filmy, które trafiły do kin [śmiech]. Bardzo podoba mi się takie podejście do pracy. Jestem w tym biznesie już od 20 lat, ale wciąż nie wiem, do jakiej grupy w Hollywood należę. Wiem tylko, że bardzo nie lubię, kiedy mi się odmawia.  

[Rozmawiała: Marta Bałaga]