• Małgorzata Brama
    Małgorzata Brama

Joachim Trier: powiedziałem Larsowi von Trierowi, że jesteśmy spokrewnieni [wywiad]

Kiedy zobaczyłem "ZwierciadłoTarkowskiego, miałem 21 lat. I poczułem w sobie te same emocje, który buzowały we mnie, gdy wcześniej słuchałem hip-hopu - o ulubionych filmach, współpracy z gwiazdami i swoim najnowszym filmie - "Głośniej od bomb" - opowiada nam reżyser, Joachim Trier.

Małgorzata Brama: W Skandynawii przejmowanie rodzinnego biznesu to nic niezwykłego. Idealnie pan się w ten stereotyp wpisuje.

Joachim Trier: Rzeczywiście, dorastałem w filmowej rodzinie. W branży pracował mój dziadek, jak i rodzice. Dzięki temu od najmłodszych lat oglądałem masę filmów. Rodzice zabierali mnie do kina regularnie. To tam narodziła się moja miłość do tego medium. Od najmłodszych lat dostawałem kamerę do ręki. Mam wrażenie, że nauczyłem się posługiwać nią wcześniej niż piórem.

Pamięta pan te spotkania z filmami, które zostały w panu na zawsze?

Na pewno przełomem był seans "E.T." Stevena Spielberga. Obejrzałem go w kinie trzy razy. Ale moim ulubionym reżyserem był Jacques Tati, z którego twórczością zapoznała mnie mama. Bardzo lubiłem egzotyczne kinematografie. Na szczęście w Norwegii wszystkie filmy są dystrybuowane z napisami, nie dubbingujemy ich ani w kinie, ani w telewizji, więc można zobaczyć naprawdę sporo ciekawych rzeczy. Oczywiście, byłem pod wrażeniem europejskich mistrzów: Andrieja Tarkowskiego czy Michelangelo Antonioniego. Ale lubiłem też dokonania Amerykanów. Zawsze czekałem na nowe filmy Martina Scorsesego, Briana De Palmy czy Terrence'a Mallicka.

No właśnie - oglądając pański film w Cannes, do głowy w pierwszej chwili przyszło mi skojarzenie z twórczością Tarkowskiego, którą ktoś przepuścił przez estetykę teledysku.

To ciekawe skojarzenie, bo kiedy byłem młody, uwielbiałem hip-hop. Ten gatunek muzyki był dla mnie powiewem świeżości. Kiedy zobaczyłem "Zwierciadło" Tarkowskiego, miałem 21 lat. I poczułem w sobie te same emocje, który buzowały we mnie, gdy wcześniej słuchałem hip-hopu. Byłem też pod podobnym wrażeniem chęci eksperymentowania, która łączyła rosyjskiego reżysera i norweskich muzyków. Myślę, że właśnie chęć eksperymentowania jest czymś, co inspiruje mnie najbardziej. Ona może się urzeczywistniać w różnych formach, na różnych poziomach.

Eksperyment jest najistotniejszy? Wyprzedza historię?

Nie można uznawać takich priorytetów. Film jest pewnego rodzaju kombajnem, który działa tylko wtedy, gdy wszystkie jego maszynerie pracują poprawnie. Po co komu kombajn, który jeździ, ale nie zbiera żniwa?

Kombajn nie działałby bez scenariusza. Pan po raz kolejny napisał go wspólnie z Eskilem Vogtem. Jak się poznaliście?

W każdą sobotę w norweskiej telewizji emitowany był teleturniej, w którym do wygrania było sporo pieniędzy. Był bardzo popularny. Eskil i ja pracowaliśmy przy nim jako asystenci operatorów. W tego typu miejscach trudno było znaleźć kogoś, kto jest zainteresowany niszowym, awangardowym kinem. Okazało się, że pozory mylą, bo Eskil jest fanatykiem X muzy i kocha tych samych twórców, co ja. Często rozmawialiśmy na temat ich dokonań i w ten sposób się zaprzyjaźniliśmy. To zresztą jest nasz największy problem - zamiast pracować, gadamy o filmach. Musimy się zdyscyplinować, żeby wziąć się do roboty.

Jaki mieliście pomysł na "Głośniej od bomb"? O czym chcieliście opowiedzieć?

To film o trzech pokoleniach mężczyzn, którzy próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wyglądała ich miłość do kobiety. Próbuję też pokochać kogoś nowego, ale są obciążeni bagażem, traumą po starcie żony i matki. Dodatkowo ciąży im to, że mają zupełnie różne narracje na temat siebie samych, siebie nawzajem i zmarłej. Kobieta, która odeszła, dla każdego była kimś innym. Śmierć w rodzinie potrafi poróżnić członków familii, którzy pozostali przy życiu. Pamiętają oni zmarłą osobę inaczej, a ich narracje na ten temat nie pokrywają się, co może stać się przyczynkiem wielu problemów.

Zawsze parząc na drugą osobę, nawet tę najbliższą, w jakiś sposób sobie ją projektujemy. To nigdy nie wygląda tak, że udaje nam się kogoś dogłębnie poznać. Najbardziej fascynowało nas to, że nie dostrzegamy samotności drugiej osoby. Można z kimś budować rodzinę przez dekady, a nie dostrzec tego, jak bardzo jest samotna.

Na czym oparliście swoje wnioski?

Realizm i wiarygodność były dla nas bardzo ważne. Dlatego skupiliśmy się na dokładnym zbadaniu tematu, o którym opowiadam. Przede wszystkim zgłębiliśmy kwestię fotografii wojennej. Obejrzeliśmy mnóstwo albumów, przeczytaliśmy wiele biografii osób, które tym się parają. Kolejną istotną sprawa był proces dojrzewania nastolatków w USA. On nie wygląda tak samo, jak choćby w naszej ojczystej Norwegii. Poszukiwanie tożsamości w specyficznych warunkach amerykańskiej szkoły jest czymś unikatowym. Do tej pory wszystko, co wiedziałem na temat USA, pochodziło z filmów. Musiałem zweryfikować tę wiedzę.

"Głośniej od bomb" to film o amerykańskiej rodzinie?

Mam nadzieję, że specyficzny kształt amerykańskiej rodziny nie ograniczy jego uniwersalnej wymowy. Kiedy robiłem moje norweskie filmy, nie miałem pojęcia, że będą tak dobrze rozumiane na świecie. Wydawało mi się, że są przesiąknięte klimatem mojej ojczyzny, jej specyfiką. A jednak - najważniejsze kwestie były czytelne wszędzie.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Zobacz kolejne.