"Joanna" (recenzja); dokument wobec śmierci


"Joanna", reż. Aneta Kopacz (2013)

Aneta Kopacz w filmowym filmowym portrecie Joanny Sałygi pokazuje śmierć powolną i uświadomioną. Bohaterka w kwietniu 2010 roku dowiedziała się, że ma nowotwór z licznymi przerzutami i zostało jej kilka miesięcy życia. O tym, z jaką determinacją walczyła o każdy kolejny dzień, dowiadujemy z jej bloga, którego pisała jako Chustka. Miała wielu czytelników, których motywowała do mierzenia się z trudnościami. Pisała jednak dla swoich bliskich – szczególnie dla kilkuletniego syna Jasia, którego cierpliwie przygotowywała na swoje odejście.

To właśnie relacja matki i syna jest tą najważniejszą w filmie "Joanna". Widać, że w rozmowie są oni dla siebie partnerami – zarówno wtedy, gdy leżą razem na trawie, jak i w momentach mocno konfliktowych. Gdy Jaś znika z pola widzenia, Chustka traci rezon. Tylko mąż wie, jak naprawdę cierpi i jak trudno jest jej żegnać się ze światem. Mimo wszystko stara się wycisnąć z każdego dnia tyle szczęścia, ile tylko może.

Subtelny dokument Anety Kopacz wzrusza w sposób naturalny, bez sztucznego spiętrzania emocji. Nie aspiruje do bycia pomnikiem Joanny. Nie jest również filmową kartoteką jej choroby. W najintymniejszych momentach kamera obserwuje bohaterów z daleka – często zza szyby, przedkładając ich prywatność nad ciekawość widza. Nie śmie towarzyszyć Chustce w ostatnich dniach jej życia. Na blogu czytamy, że Joanna nie chciała być zapamiętana jako osoba słaba fizycznie – tuż przed śmiercią nie dopuszczała do siebie nawet syna. Działalność blogerów jest zazwyczaj mocno ekshibicjonistyczna. W tym przypadku było inaczej – dlatego też i film o życiu Chustki nie stara się zapełnić tych luk w jej portrecie, które pozostawiła sama Joanna.

Po obejrzeniu "Joanny" pozostaje pewien rodzaj niedosytu. Chciałoby się dowiedzieć, zobaczyć i usłyszeć choć trochę więcej. Słowa uznania należą się jednak dokumentalistce, która (być może mimo wielu pokus) postawiła sobie wyraźne granice, których konsekwentnie nie przekracza. Materiał, który zebrała, był z pewnością dużo bogatszy. Sztuką było włączyć do filmu jedynie te momenty, które najlepiej oddają piękno więzi międzyludzkich i szalonej walki o dobre przeżycie kolejnego dnia.
 
[Patrycja Rojek]