• Marta Bałaga
    Marta Bałaga

"Joy", reż. David O. Russell (2015)

Idealne dla: fanów genialnej Jennifer Lawrence i praktycznych przedmiotów codziennego użytku. Nasz faworyt? Wieszaki Huggable Hangers - dwa razy cieńsze od zwykłych!

David O. Russell ponownie zaskakuje; po uzależnionych od kokainy byłych bokserach i oszustach nawijających sobie włosy na wałki przyszedł czas na... samowyżynający się mop? Choć opowiadana w nim historia wydarzyła się naprawdę, "Joy" to jeden z najdziwniejszych filmów amerykańskiego reżysera. Przynajmniej spośród tych, które podpisał własnym nazwiskiem. Tak, Stephenie Greene - dobrze wiemy, kim naprawdę jesteś. 

Joy (Jennifer Lawrence) od dziecka wierzyła, że pewnego dnia stworzonymi przez nią przedmiotami będą mogli cieszyć się ludzie na całym świecie. Przytłoczona codziennymi problemami, wciąż odsuwa jednak swoje marzenia na dalszy plan - na głowie ma w końcu dwójkę dzieci, mieszkającego w piwnicy byłego męża (Èdgar Ramìrez), matkę (Virginia Madsen), która całymi dniami ogląda opery mydlane i porzuconego przez kolejną partnerkę ojca (Robert De Niro). Zmęczona stawianiem potrzeb innych na pierwszym miejscu i wspierana przez ukochaną babkę (Diane Ladd), która nigdy nie zwątpiła w jej talent, Joy wreszcie postanawia postawić wszystko na jedną kartę. 

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9

Kadr z filmu "Joy", reż. David O. Russell

Film zainspirowany odważnymi kobietami. A zwłaszcza jedną - otwierające "Joy" zdanie jasno wskazuje, po czyjej stronie leży sympatia twórców. Historia oszałamiającej kariery Joy Mangano, rozwódki z Nowego Jorku, której dzięki takim wynalazkom jak Miracle Mop czy uwielbiane przez samą Oprah Winfrey Huggable Hangers udało się stworzyć własne imperium, choć nawet członkowie własnej rodziny widzieli w niej tylko sfrustrowaną panią domu, aż prosiła się o film. Pytanie tylko, czy właśnie o taki.

Dobra wiadomość jest taka, że "Joy" nie jest typowym dramatem biograficznym obliczonym na wywoływanie łatwych wzruszeń. Zła - przy całej swojej oryginalności, chaotyczny zlepek surrealistycznych oper mydlanych, koszmarów sennych i flashbacków nie zawsze składa się w spójną całość. Trudno się temu dziwić - za montaż odpowiadały tu w końcu aż cztery (!) osoby. Z pewnością nie można uznać go za zbyt realistyczny - miejscami ociera się wręcz o przerysowaną farsę albo kino Davida Lyncha (i to wcale nie z powodu pojawiającej się Isabelli Rossellini). Jak na film opowiadający o czymś tak przyziemnym jak mop, "Joy" ma zdecydowanie baśniowy posmak. 

Choć Lawrence wydaje się jednak trochę za młoda do roli zdeterminowanej Joy - nawet kilogram lakieru do włosów nie zrobi z niej wiarygodnej czterdziestolatki - po raz kolejny udowadnia, że tworzą już z Russellem bardzo zgrany duet. Bez względu na to, czy rozmawia z przyjaciółką o swoich zawiedzionych nadziejach, czy na wzór Mangano zachwala nowy wynalazek w popularnym programie telezakupowym, jest tu bardzo, bardzo dobra. Swoją drogą ciekawe, czy na decyzję o obsadzeniu Lawrence w jakimś stopniu wpłynęła brawurowa scena sprzątania z "American Hustle". Kto by pomyślał, że nawet w żółtych gumowych rękawicach można wyglądać tak efektownie?

Dobrze, że właśnie powstał kolejny film, w którym główną bohaterką jest kobieta. I to nie wymachująca bronią wojowniczka tocząca grę o losy świata, tylko zwykła nowojorczanka, która dla odmiany postanowiła zawalczyć o samą siebie. Szkoda tylko, że wciąż jest to uważane za coś wyjątkowego. 

[Marta Bałaga]