"Jupiter: Intronizacja" ("Jupiter Ascending"), reż. Andy Wachowski, Lana Wachowski (2015)

Andy i Lana Wachowscy od bardzo dawna są w kryzysie twórczym. Ostatnim filmem rodzeństwa, przy którym widz nie musiał zgrzytać zębami było "V jak Vendetta" - 10 lat temu. Ich najnowsza produkcja "Jupiter: Intronizacja" wypada jednak lepiej niż niedawny "Atlas chmur".

Tytułowa Jupiter (Mila Kunis) to nienawidząca swojego życia dziewczyna mieszkająca w Chicago. Codziennie wraz z matką wędruje po domach bogatych mieszkańców, by sprzątać je pod nieobecność właścicieli. Wszystko zmieni się, gdy przed śmiercią z rąk kosmitów uratuje ją Caine, również przybysz z kosmosu. Okazuje się bowiem, że Jupiter jest kolejnym wcieleniem nestorki rodu Abrasaxów, który od lat rządzi Ziemią. Łatwo się domyślić, że informacja ta średnio przypada do gustu spadkobiercom fortuny.

Scenariusz "Jupitera: Intronizacji" to festiwal zapożyczeń z samych klasyków gatunku. Sam motyw zakładający, że ludzkość jest hodowana po to, by zapewniać siłę i witalność potężnemu przeciwnikowi, o istnieniu którego nawet nie wie, żywcem wyciągnięty jest z "Matrixa". Znajdziemy tu też zapożyczenia (względnie: inspiracje) z "Gwiezdnych Wojen", "Powrotu do przyszłości" oraz "Diuny". Z kolei muzyka przypomina połączenie ścieżek dźwiękowych z "Władcy Pierścieni" oraz - znowu - "Gwiezdnych Wojen".

Narzekać można na brak pełnokrwistych bohaterów. Jupiter, teoretycznie główna postać, jest zupełnie nijaka i pozbawiona jakichkolwiek właściwości oraz wolnej woli. Oglądamy wyłącznie jak jest rzucana z jednej lokacji do drugiej, wpada w tarapaty, z których ratuje ją Caine. Ekran należy do Eddiego Redmayne'a w roli Balema Abrasaxa, głównego szwarccharakteru. A raczej należałby, gdyby bohater ten pojawiał się częściej. Tym większa szkoda, że tak nie jest, bo Redmayne, jako jedyny, stara się coś grać - czy to mimiką, czy też specyficznym sposobem mówienia. I chociaż niekiedy blisko jest przekroczenia granicy śmieszności, w porównaniu z mającym wiecznie zaciśniętą szczękę Channingiem Tatumem wypada świetnie.

To, co jest dobre w "Jupiter: Intronizacji" - i czym wygrywa z grafomańskim "Atlasem chmur" - to całkowita bezpretensjonalność. Owszem, gdzieś tam w tle pobrzmiewa krytyka kapitalistycznego porządku świata, jednak Wachowscy skupiają się przede wszystkim na tym, by było szybko i efektownie. Efekty specjalne stanowią, mniej więcej, 95% filmu i przyznać trzeba, że stoją naprawdę na wysokim poziomie. Niestety, nawet i one pod koniec stają się nużące. Ten brak pozytywnych emocji, wynikający między innymi z wykorzystania dobrze znanych klocków oraz braku podmiotowości bohaterów, jest dla "Jupitera: Intronizacji" niekorzystny. Mimo wszystko najnowszą produkcję Wachowskich da się obejrzeć bez bólu głowy.
 
[Jędrzej Dudkiewicz]