"Krocząc wśród cieni" (recenzja): historia pewnej zbrodni

 
"Krocząc wśród cieni" ("A Walk Among the Tombstones"), reż. Scott Frank (2014)

Owej nocy, kiedy pracował przy drzwiach baru, zatopił się w myślach o dwóch prędkościach, dwóch czasach (...). Pierwszy czas nazywa się Raj, a drugi Piekło, i jedyne, czego pragnął, to aby przenigdy nie żyć w żadnym z nich - ten cytat pochodzący z "2666" Roberto Bolaño świetnie oddaje charakter głównego bohatera "Krocząc wśród cieni", w którego wcielił się Liam Neeson.

Wiecznie zamyślony, spacerujący powolnym krokiem w długim płaszczu prywatny detektyw Matthew Scudder, przypomina postać z czarnego kryminału, samotnego mężczyznę skazanego na klęskę, noszącego ją w sobie i mającego gorzką świadomość przegranej. Jest byłym policjantem zmagającym się z nałogiem alkoholowym, który kilka lat wcześniej przyczynił się do tego, że odsunięto go od służby. Wciąż balansuje gdzieś między rajem i piekłem, nie mogąc sobie poradzić z przeszłością, w której popełnił o kilka błędów za dużo. Teraz ma zmierzyć się z najtrudniejszym zadaniem od dawna: zostaje wynajęty przez narkotykowego bossa (znany z
"Downton Abbey" Dan Stevens) do odnalezienia mordercy jego żony. Wkrótce okazuje się, że – podobnie jak we wspomnianym powyżej utworze chilijskiego pisarza – śledztwo dotyczące tajemniczych zbrodni zaprowadzi bohatera na ponure, opustoszałe ulice i do wielu wykluczających się wersji historii, z których każda wyda się prawdopodobna.

Fabuła mrocznego thrillera Scotta Franka, scenarzysty m.in. "Raportu mniejszości" i "Wolverine", sama jest zresztą oparta na znanej powieści – jej autorem jest Lawrence Block, jeden z bardziej poczytnych i najczęściej nagradzanych autorów kryminałów w Stanach Zjednoczonych. Akcja filmu toczy się dość szybko, a od samego schwytania i ukarania zbrodniarzy ważniejszy staje się dla Scuddera wyścig z czasem, aby zapobiec kolejnemu morderstwu. Adaptacji Franka brakuje jednak niestety w wielu miejscach narracyjnej zręczności i mimo obiecującego początku przynosi ona rozczarowanie.

Pierwsze sceny "Krocząc wśród cieni" wprowadzają widza w mroczny, gęsty nastrój kryminalnej historii, ale szybko traci ona klimat. Błyskawiczny rozwój wydarzeń zdecydowanie nie sprzyja też budowaniu intrygi, która staje się dość przewidywalna. Z każdą kolejną sceną można odnieść wrażenie, że oglądamy kopię wielu podobnych thrillerów, które już widzieliśmy – choćby "Uprowadzonej", gdzie w głównego bohatera również wcielił się Liam Neeson. Same zresztą postaci też wydają się tu mało przekonujące i wycięte z papieru, co nie pomaga zaangażować się w historię. Tak jest również w przypadku Scuddera – działającego na granicy prawa detektywa, który szybko traci na swojej charyzmie i wraz z całym przedstawionym przez Franka światem wydaje się nam coraz bardziej obojętny.

"Krocząc wśród cieni"

Bez wątpienia jest w tym filmie kilka przemyślanych i świetnie nakręconych scen, w których daje o sobie znać ręka znakomitego operatora, Mihaia Mălaimare'a Jr., współpracownika m.in. Paula Thomasa Andersona i Francisa Forda Coppoli. Jego mroczne i niepokojące zdjęcia pozostają jednak jednym z nielicznych walorów tej produkcji – schematycznej i szybko umykającej z pamięci.
 
[Magdalena Bartczak]