"Loft" (recenzja): wejście na własną odpowiedzialność


"Loft" ("The Loft"), reż. Erik Van Looy (2014)

"Loft" to ułomny brat bliźniak belgijskiego autentyka, spłodzony na szybko i najwyraźniej po suto zakrapianej imprezie, bo ktoś zapomniał instrukcji obsługi. Hitchcockowska intryga jest co prawda do obronienia, ale rozszarpują ją co rusz koszmarne klisze; każda niezła puenta fabularna potrafi zostać zniweczona zbitką montażową odpowiednią dla tanich seriali kryminalnych.

"Loft" jest przypadkiem rzadkim, ale nie nietypowym. To przykład remake'u, który powstaje na zamówienie producentów ze Stanów, celem przybliżenia atrakcyjnej fabuły amerykańskim widzom w zrozumiałym dla nich języku oraz z rozpoznawalnymi twarzami. Historia przeróbek "made in USA" jest stara jak świat, czasami jednak zdarza się, że do nakręcenia nowej wersji ściąga się reżysera oryginału zza Atlantyku (lub drugiego oceanu, jak to było w przypadku "Klątwy" Takashiego Shimizu). Efekty tych zabiegów bliskich klonowaniu bywają różne: "Zaginiona bez śladu" (1993) George'a Sluizera miała na tyle silne scenariuszowe DNA oryginału, że efekt końcowy został ledwie draśnięty przez zmienione zakończenie; Michael Haneke w "Funny Games U.S." dokonał pewnych przesunięć względem oryginału, co pozwoliło na nieco inne odczytanie filmu. Sam Haneke, zapytany, dlaczego zdecydował wejść drugi na raz na plan tego samego filmu, miał odpowiedzieć: "Chcieli - mają". Co na podobne pytania odpowiedziałby Erik Van Looy? I jak broni się jego klon?

"Loft" opowiada historię piątki przyjaciół, którzy dzielą eleganckie poddasze. Dzielą po godzinach - w tajemnicach przed żonami i dziećmi zaszywają się tam ze swoimi kochankami. Romansowa sielanka kończy się, gdy jeden z lowelasów znajduje martwą, zaszlachtowaną kobietę na kolektywnym posłaniu. Van Looy ma ciekawy punkt wyjścia, która pozwala na kryminalną łamigłówkę podobną do tej, którą widzom zaserwował Bryan Singer w świetnych "Podejrzanych" (1995); chodzi o tzw. figurę niewiarygodnego narratora - nie możemy mieć pewności, który z mężczyzn formułuje na posterunku prawdziwe wyznania; każdemu z pewnością chodzi o ratowanie swojej, ekhem, godności. Zadaniem widzów jest rozpracowanie, kto z piątki może stać za zbrodnią. Zabawa prędko zaczyna jednak nużyć, skoro kolejne rewelacje konkludowane są szybkimi najazdami kamery na twarze bohaterów, które mogą robić wrażenie w "Modzie na sukces", ale w filmowym kryminale wzbudzają co najwyżej gromki śmiech na widowni.

W "Lofcie" przeszkadza też utrudnienie mechanizmu projekcji-identyfikacji. Skoro "rezydenci mieszkania" są kłamliwymi, zdradzającymi swoje kobiety małostkowymi draniami, to może przyjąć perspektywę małżonek? Na nic te starania - kobiety są portretowane jednowymiarowo, większość jest brzydka i nudna, a te piękne i pociągające okazują się mieć nie mniej za uszami niż główni bohaterowie. Dobrze, zatem mamy uniwersum zasiedlone przez cynicznych, przesiąkniętych złem ludzi, jak w dobrym neo-noir? Taką wizję niweczą - o dziwo - na co dzień nieźli aktorzy, źle jednak prowadzeni, kiepsko oświetleni i wypowiadający drewniane kwestie. W świat "Loftu" ciężko jest uwierzyć, trudno jest w niego wejść, przebić się przez skorupę zatęchłych konwencji, które okalają historię. Szkoda - przecież thriller erotyczny, bazujący na ludzkich żądzach i pragnieniach, to gatunek, który można oglądać z palcami wbitymi w poręcz kinowego fotela. Ale to nie jest ten film.
 
[Jacek Dziduszko]