Magic Mike XXL
  • 2.7
  • 0
Magic Mike XXL

On tańczy dla mnie; Channing Tatum zapomina o dręczących go kilka lat temu wątpliwościach i potrząsa czym tylko się da. Jedno jest pewne - wyrzeźbionymi pośladkami mógłby tłuc orzechy jak Jagienka u Waligórskiego.

Upłynęły już trzy lata odkąd Michael "Magic Mike" Lane (Channing Tatum) postanowił zakończyć karierę striptizera, by zdobyć wymarzoną dziewczynę i wreszcie poświęcić się temu, o czym marzył przez całe życie - robieniu mebli na zamówienie. Stare nawyki lubią jednak o sobie przypominać w najbardziej niespodziewanych momentach; pozbawionemu wiernej publiczności Mike'owi zdarza się wyginać sugestywnie w otoczeniu świeżo wyheblowanych desek. Kiedy okazuje się, że jego dawna ekipa wybiera się do Myrtle Beach na zjazd striptizerów, postanawia jeszcze raz doprowadzić kobiety do wrzenia.

Mało kto pamięta dziś, że słynna "Gorączka sobotniej nocy" opowiadała tak naprawdę o braku perspektyw, rasizmie i molestowaniu seksualnym; przygnębiające realia Brooklynu lat 70. skutecznie przyćmił TEN biały garnitur i Travolta wywijający biodrem do "Stayin' Alive".

Prawie 35 lat później podobny los spotkał "Magic Mike'a". Zaskakująco melancholijny, wyreżyserowany przez laureata Złotej Palmy komediodramat miał dużo do zaoferowania, ale to, co próbowano w nim przekazać okazało się mniej istotne od sekwencji tanecznych i symulowanych ruchów frykcyjnych. Film opowiadający o człowieku usiłującym zbudować dla siebie przyszłość z dala od toksycznego środowiska seks-rozrywki nagle stał się komercyjnym przebojem, a zgromadzona w kinie widownia podskakiwała za każdym razem, kiedy na ekranie migał pasek stringów. Nawet Alanis Morissette uznałaby to za ironiczne.

Długo oczekiwany sequel nie usiłuje już udowodnić, że jest czymś więcej niż tylko rozkoszą dla oka. Steven Soderbergh, który zdecydował się pozostać na drugim planie, powierzył ster swojemu wieloletniemu asystentowi; Gregory Jacobs radzi sobie, gdy panowie spełniają się na scenie, ale kiedy z niej schodzą robi się dużo gorzej. Szybko pozbywając się wszystkich postaci, które miały czelność wnieść do pierwszego filmu trochę głębi i wysyłając biednego Matthew McConaughey do... Makau (?!), jego przesłanie jest jasne: Tym razem chodzi tylko o zabawę. Zamiast sensownej fabuły i niepokoju egzystencjalnego dostajemy Joe Manganiello molestującego paczkę Cheetos.

"Magic Mike XXL" stawia nie tyle na jakość, ile na rozmiar. Jednak choć cała magia wywietrzała nieco jak otwarta butelka z samoopalaczem, już od czasów "Flashdance" wiadomo, że spawanie i striptiz świetnie się razem komponują, a oglądanie Tatuma w akcji zawsze jest satysfakcjonujące. Jakkolwiek szowinistycznie to zabrzmi, chłopak w pełni zasłużył na wszystkie lecące w jego kierunku banknoty.

[Marta Bałaga]