Makbet
  • 3.5
  • 0
Makbet

"Makbet" ("Macbeth"), reż. Justin Kurzel (2015)

Po wersjach rozgrywających się między innymi w Japonii, Melbourne i... Świecie Dysku, szkocka sztuka wreszcie powraca do Szkocji. Z wyjątkiem nielicznych odstępstw film Justina Kurzela pozostaje wierny literackiemu pierwowzorowi, ale pod względem stylu bliżej mu raczej do odcinka "Gry o tron". Wiele hałasu o nic?

Makbet (Michael Fassbender), zaufany dowódca wojsk króla Duncana (David Thewlis - jedyny aktor w filmie, któremu najwyraźniej nie kazano wytarzać się w błocie), po raz kolejny prowadzi swoich żołnierzy do zwycięstwa. Podczas starcia z buntownikami wspierającymi zdrajcę Macdonwalda spotyka trzy wiedźmy, które przepowiadają mu, że niedługo sam włoży na głowę koronę Szkocji. Ambitny hrabia nie potrafi zapomnieć o ich słowach i, nakłaniany przez żonę (Marion Cotillard), postanawia ująć los we własne ręce. Ciężko będzie mu jednak zmyć z nich przelaną krew.

Dmij, wichrze! Wrzej, toni! Mamli umierać, umrę z mieczem w dłoni -  pisał William Szekspir. Australijski reżyser, który dał się już poznać jako autor bardzo ambitnego i bardzo nieprzyjemnego "Snowtown", wprowadza te słowa w czyny; w jego filmie nie brak scen, podczas których posoka leje się tak obficie, że nawet ekran zachodzi czerwoną poświatą.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
  • zdjęcie nr.10
  • zdjęcie nr.11
  • zdjęcie nr.12
  • zdjęcie nr.13
Kadry z filmu "Makbet", reż. Justin Kurzel

Choć "Makbet" to najkrótsza sztuka Barda, stanowi jednocześnie jedno z jego najpopularniejszych dzieł. W porównaniu do wielu wcześniejszych adaptacji przypominających raczej teatr telewizji, filmowi Kurzela nie brak dynamiki - pogrążone we mgle wichrowe wzgórza stanowią z pewnością ciekawsze tło niż klaustrofobiczne komnaty. Odnosi się jednak wrażenie, że powstał raczej dla prestiżu, a nie z pragnienia pokazania znanej historii w zupełnie nowym ujęciu.

Pod względem psychologicznym "Makbet" wydaje się dosyć płaski. Cotillard, mówiąca z akcentem, którego w okolicach Lasu Birnamskiego nigdy pewnie nie słyszano, wypada bladziej niż setki wychowanych w deszczowej Brytanii statystów; jej Lady Makbet nie namówiłaby nikogo nawet do zmiany koła w samochodzie, a co dopiero wyrżnięcia w pień połowy szkockiej arystokracji. Film sprawdza się natomiast jako widowisko. Aż dziwne, że wymalowany w barwy wojenne, wymachujący mieczem Fassbender w trakcie walk w slow-motion nie krzyczy nagle To. Jest. SPARTAAA!
 

[Marta Bałaga]