"Miasteczko Cut Bank" ("Cut Bank"), reż. Matt Shakman (2015)

Młody, zdolny reżyser najsłynniejszych amerykańskich seriali debiutuje pełnym metrażem. Wzoruje się na swoich idolach - braciach Coen, ale jego odważnemu przedsięwzięciu, mimo fenomenalnej obsady, brakuje polotu i świeżości.

Zawodowy życiorys Matta Shakmana jest tak bogaty, że pewnie łatwiej byłoby wskazać seriale, przy produkcji których nie pracował. "Sześć stóp pod ziemią", "House", "Mad Men", "Fargo" czy "Żona idealna" - to tylko niektóre tytuły, których poszczególne odcinki sygnowane są nazwiskiem zdolnego reżysera (a kiedyś również dziecięcego aktora). Jak pokazuje historia popkultury, transfer z małego na duży ekran nie zawsze się udaje, a przykładem posłużył niedawno sam Matthew Weiner, twórca "Mad Men" - jego "Duet na żółtych papierach" to zaledwie poprawna historia z rodziną w tle. 

Nie da się ukryć, że "Miasteczko Cut Bank" to pokłosie współpracy reżysera na planie serialu "Fargo" i zapewne jego fascynacji dorobkiem braci Coen w ogóle. W swoim filmie Shakman ewidentnie próbuje imitować specyficzną atmosferę kreowaną przez słynne rodzeństwo, z różnym, zazwyczaj rozczarowującym skutkiem. Zbyt wiele tu nieudolnych podobieństw, by mówić o rzeczy świeżej i oryginalnej. Sytuacji nie ratuje niestety szpaler znakomitości aktorskich - z Bruce'm Dernem na czele. Większość wypada po prostu blado, odtwarzając swoje wcielenia z innych obrazów. Rozczarowujący jest także Michael Stuhlbarg, który miał w teorii najwięcej do pokazania w roli tajemniczego, zdziwaczałego sąsiada. Psychicznie chorego przestępcę można zagrać na wiele przerażających sposobów - jak to zrobić pokazali przykładowo Kevin Spacey w "Siedem", Christian Bale w "American Psycho" czy Javier Bardem jako demoniczny Anton Chigurh w "To nie jest kraj dla starych ludzi" (znowu Coenowie!). Derby Milton w "Miasteczku Cut Bank" to największe rozczarowanie - pod warstwą makijażu i grubymi oprawkami okularów nie kryje się nic.

Niestety, film Shakmana - choć na podstawie tekstu pochodzącego z osławionej "Czarnej Listy" (najlepszych nigdy nie zrealizowanych scenariuszy) - i mimo licznej obsady i wątków, jest wyjątkowo niemrawy i pozbawiony życia. Po prostu - brak mu lekkości i niezobowiązującego humoru charakteryzujących filmy Coenów, na których reżyser podobno się wzorował.
 
[Magdalena Maksimiuk]