• Karol Barzowski
    Karol Barzowski
Thelma i Louise
  • 3.7
  • 93
Thelma i Louise

Mija 25 lat od premiery "Thelmy i Louise"

Mija 25 lat od premiery "Thelmy i Louise" - wyjątkowego filmu w dorobku Ridleya Scotta, który stał się przełomem, jeśli chodzi o pozycję kobiet w Hollywood. Nieważne jednak czy ogląda się tę produkcję jako feministyczny manifest, hymn o wolności czy przygodowy film drogi, jedno pozostaje niezmienne. To po prostu cholernie dobre kino.

Gdy kręcono film, nikt nie spodziewał się, że może zrobić w kinach taką furorę. Mało tego, w ogóle nie myślano o jego feministycznym wydźwięku. Susan Sarandon, pytana o emocje, jakie towarzyszyły jej przed rozpoczęciem zdjęć, odpowiadała, że po prostu cieszyła się z tak dużej, interesującej roli. Poza tym bardzo ważna była dla niej możliwość gry obok innej kobiety. Mówiła:

Takie sytuacje zdarzały się niezwykle rzadko. Jeśli w jakimś filmie były już dwie kobiety, to zazwyczaj rywalizowały ze sobą i z jakiegoś powodu się nienawidziły. Ten scenariusz był zupełnie inny.

Historia ta wyszła spod pióra debiutantki Callie Khouri. Przed "Thelmą i Louise" pracowała ona przy kręceniu teledysków. Kiedy pewnego dnia wracała do domu po wykonaniu kolejnego zlecenia, zatrzymała się na ulicy i stwierdziła, że nie o takiej karierze marzyła. Wielokrotnie wspominała, że siedząc wtedy w samochodzie doznała nagłego olśnienia. Przyszedł jej do głowy nie tylko ogólny pomysł na film o dwóch kobietach przemierzających południe USA, ale też na niektóre konkretne wątki, w tym zakończenie. Początkowo to ona miała reżyserować "Thelmę i Louise" jako niskobudżetowy, niezależny, typowo "kobiecy" obraz. Ridley Scott miał być jedynie producentem. Kiedy wspólnie z Khouri stwierdzili, że lepiej będzie, aby film wyreżyserował ktoś bardziej doświadczony, na giełdzie nazwisk pojawili się choćby Bob Rafelson ("Listonosz zawsze dzwoni dwa razy"), Kevin Reynolds ("Robin Hood: Książę złodziei") i Richard Donner ("Zabójcza broń"). Żaden nie był jednak zainteresowany. Scott w jednym z wywiadów wspominał, że któryś z nich nazwał film "małym", inny podsumował go zaś jako "historię o dwóch laskach w samochodzie". W końcu postanowił sam wziąć się za reżyserię - bardzo wierzył w ten projekt i uważał, że może wyjść z tego coś wyjątkowego.

Scott zawsze powtarza, że najtrudniejszym etapem realizacji filmu jest dla niego wybór obsady - kiedy już ją ma, ufa aktorom w stu procentach i traktuje ich jak równorzędnych partnerów. Nie inaczej było w tym przypadku. Kiedy obie główne gwiazdy były już na pokładzie, wszyscy potoczyło się dość gładko. Realizacja filmu polegała na pełnej kooperacji - słynny reżyser bardzo liczył się ze zdaniem swoich aktorek i wprowadzał do scenariusza wszystkie ich sugestie. Jednak zanim Geena Davis i Susan Sarandon podpisały kontrakty, ekipa miała nie lada problem.

Pisząc scenariusz Khouri myślała o Holly Hunter i Frances McDormand, ale żaden z producentów nie podzielał jej zdania. Scott nalegał na Michelle Pfeiffer i Jodie Foster. Wstępnie zgodziły się one wystąpić w filmie, ale szukanie reżysera trwało tak długo, że obie panie zdążyły oddać się innym projektom. Kiedy wiadomo już było, że na stołku reżyserskim zasiądzie sam Scott, pojawiła się propozycja zaangażowania Meryl Streep i Goldie Hawn. Przyjaciółki od dawna szukały produkcji, w której mogłyby razem zagrać i scenariusz "Thelmy i Louise" był jednym z tych, jakie brały pod uwagę. Jednak o ile Streep wydawała się Scottowi idealną Louise, Hawn w ogóle nie pasowała do roli Thelmy ("Lubiłem ją i była wtedy na topie, ale trudno było mi ją sobie wyobrazić w tym filmie"). Jako że była to transakcja wiązana, aktorki grzecznie podziękowały i zamiast tego udały się na plan komedii "Ze śmiercią jej do twarzy".

Mówi się, że wśród tych, którym zaproponowano role, były m.in. Cher, Diane Keaton, Kim Basinger, Sigourney Weaver, Debra Winger, Emma Thompson, a nawet Liza Minelli, Madonna i Jane Seymour. Ile w tym prawdy, nie wiadomo. Kiedy scenariusz trafił w końcu do Davis, stwierdziła ona, że chciałaby zagrać Louise. Na spotkaniu z reżyserem kilka kwadransów zajęło jej tłumaczenie, dlaczego powinna otrzymać tę rolę, po czym Scott spytał: "Czyli nie bierzesz pod uwagę grania Thelmy?". Aktorka szybko zreflektowała się, że to nie Louise jest jej przeznaczona, ale nie zraziła się. Historia tak ją zachwyciła, że tak naprawdę nieistotne było, w którą rolę się wcieli. Na poczekaniu wymyśliła kilkanaście cech, które łączyły ją z filmową Thelmą.

Davis dostała rolę, ale niemal do końca nie wiedziała, w kogo się wcieli. Scott uważał, że lepiej spisze się jako Thelma, zahukana, siedząca w domu żona, ale na wypadek, gdyby nie znaleźli odpowiedniej Louise, miała być przygotowana także na zagranie drugiej z ról. Na Susan Sarandon zdecydowano się dosyć późno, ponieważ nie pasowała do opisu postaci. Obie bohaterki miały być równolatkami, przyjaciółkami z czasów licealnych. Sarandon jest zaś starsza od Davis o 10 lat (kobietom wieku się nie wypomina, ale kręcąc film miała 45 lat - po prostu nie do uwierzenia). Ostatecznie jednak zachwycająca rola aktorki w "Białym pałacu" przekonała ekipę, że nie znajdą lepszej Louise i specjalnie dla niej zmodyfikowano scenariusz.

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
Fot. kadry z filmu "Thelma i Louise"

Obie aktorki od razu się polubiły. "Thelma i Louise" to wielki sukces ich obu, ale film ten przyczynił się do rozwoju kariery jeszcze jednej osoby. Był nią oczywiście Brad Pitt. Rola J.D. stała się dla niego przełomem, na jaki czekał od wielu lat. To po tym występie dostał propozycje udziału w "Rzece życia", "Wywiadzie z wampirem" i "12 małpach". "Ten moment to był początek Brada Pitta, jakiego znamy" - twierdzi Scott. Na jego miejscu regularnie wysyłałbym Geenie Davis kwiaty, bo to ona miała największy wpływ na jego angaż.

Początkowo rolę otrzymał William Baldwin, jednak wolał on wystąpić w "Ognistym podmuchu". Producenci zorganizowali dodatkowy casting, na którym dialogi z uczestnikami miała czytać właśnie Davis. Wśród kandydatów był ponoć nawet Johnny Depp. Jednak to Pitt zrobił na aktorce największe wrażenie - była tak zbita z tropu, że grając z nim scenę, non-stop myliła się i myślała, że psuje jego przesłuchanie. Gdy potem producenci zaczęli dyskutować ze Scottem i nie wymieniali nazwiska Brada, Davis - zazwyczaj nieśmiała i wycofana - postanowiła zaprotestować. Oczywistym było dla niej, że powinni zaangażować właśnie jego ("Halo? Chyba weźmiecie tego blondyna?!?"). Potem zresztą zbuntowała się raz jeszcze. Nie pozwoliła, aby do ich słynnej sceny miłosnej zaangażowano dublerkę. Pitt na planie emanował taką charyzmą, że jego skok w górę hollywoodzkiej hierarchii był właściwie pewien - jak twierdzą Davis i Sarandon, nawet bardziej niż sukces samego filmu. Obie zgodnie jednak powtarzają, że ich kolega po fachu rzeczywiście stworzył w tym filmie postać z krwi i kości oraz sumiennie pracował, aby widzowie w niego uwierzyli. Nie wystarczyło mu dobrze wyglądać.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Zobacz kolejne.