• Karol Barzowski
    Karol Barzowski
Thelma i Louise
  • 3.7
  • 93
Thelma i Louise

Mija 25 lat od premiery "Thelmy i Louise"

Film wszedł do kin 24 maja 1991 roku. Baldwin cieszył się, że zamiast "Thelmy i Louise" wybrał "Ognisty podmuch", bo to właśnie ten drugi tytuł przyniósł najwięcej wpływów w weekend otwarcia. Jednak nie chodziło tu tylko i wyłącznie o wyniki w box-office. Film z Davis i Sarandon stworzył pewną nową jakość. Nie, nie mam tu na myśli zapoczątkowania mody na selfie (one robiły to 25 lat temu, i to polaroidem - klasa!). Okazało się, że dwie kobiety, w dodatku przedstawione zupełnie niestereotypowo, mogą zapewnić dwie godziny rozrywki na najwyższym poziomie. One w tym filmie robią w gruncie rzeczy to, co w Hollywood od lat robili mężczyźni - ścigają się samochodem, piją, strzelają z pistoletu, uprawiają przygodny seks, wreszcie same wymierzają sprawiedliwość i giną na własnych warunkach (Sarandon wiele razy mówiła, że czuły się jak żeńskie wersje Butcha Cassidy'ego i Sundance'a Kida). Jednak nie jest to żadna karykatura, a prawdziwy, przejmujący film, który można rozpatrywać na wielu różnych poziomach. Piosenkarka Tori Amos pod jego wpływem napisała piosenkę "Me and a Gun" o gwałcie, jakiego została ofiarą sześć lat wcześniej. Do momentu obejrzenia "Thelmy i Louise" nikomu o nim nie mówiła. Obie aktorki przez lata dostawały listy od widzów, którzy po seansie postanowili zmienić swoje życie i np. opuścić małe miasto bez perspektyw lub rodzinę, która ich nie szanowała. Co ciekawe, byli wśród nich też mężczyźni. Twierdzenie, że kobiety pójdą do kina na film o facetach, ale odwrotnej sytuacji nie ma się co spodziewać, w przypadku okazało się nieprawdziwe.

Reakcje prasy i środowiska filmowego były jak najbardziej pozytywne. Davis i Sarandon dostąpiły zaszczytu pojawienia się na okładce magazynu "Time". Film otrzymał 6 nominacji do Oscara, z których jedna, za scenariusz, zamieniła się na statuetkę. Pisano, że dokonała się rewolucja w gatunku tzw. "buddy movies", a końcowy efekt jest tak świeży i zaskakujący, że z pewnością zapisze się w historii kina. Jak dziś wiemy, słowa te okazały się prorocze. Oczywiście były i głosy krytyki - mówiono, że film jest pochwałą samobójstwa oraz szydzi z mężczyzn, przedstawiając ich w najgorszym świetle. Nie każdemu przypadło też do gustu kontrowersyjne zakończenie. Nawet słynny krytyk Roger Ebert był nim rozczarowany, tłumacząc, że po dwóch godzinach seansu widz zasługuje na nieco więcej niż stopklatkę. Scena ta była oczywiście przedmiotem wielu dyskusji jeszcze przed rozpoczęciem realizacji. Gdy do roli Louise przymierzana była Meryl Streep, aktorka nalegała, aby na końcu filmu choć jedna z bohaterek przeżyła. Później Scott myślał zresztą nad takim rozwiązaniem (Louise miała wypchnąć Thelmę z samochodu i sama ruszyć w przepaść). Umowa scenarzystki z producentami była jednak skonstruowana w taki sposób, że wymyślone przez nią zakończenie nie mogło być zmienione. I całe szczęście! Dla Davis i Sarandon była to rzeczywiście ostatnia nakręcona scena - aktorki, które podczas kręcenia bardzo się zaprzyjaźniły, naprawdę się wtedy żegnały. Ten moment ma ogromną siłę oddziaływania i wzrusza za każdym razem.

Jak twierdzi Sarandon, ich samochód wciąż leży gdzieś w dole kanionu, bo ekipie nie udało się go wyciągnąć. W każdą rocznicę premiery przybywają tam setki fanów, aby uczcić powstanie przełomowego dla nich filmu. Raz mieli nawet okazję spotkać filmową Louise - Sarandon wybrała się bowiem z córką na wycieczkę w tamte rejony, nie zdając sobie sprawy z tych pielgrzymek. Gdy rozbawiona opowiadała o tym Geenie Davis, ta wypaliła tylko: "Rany, wyobrażasz sobie, co by się działo, gdyby spotkali nas tam razem?".

  • zdjęcie nr.1
  • zdjęcie nr.2
  • zdjęcie nr.3
  • zdjęcie nr.4
  • zdjęcie nr.5
  • zdjęcie nr.6
  • zdjęcie nr.7
  • zdjęcie nr.8
  • zdjęcie nr.9
Fot. kadry z filmu "Thelma i Louise"

Takie sytuacje oczywiście również się zdarzają - aktorki cały czas mają ze sobą dobry kontakt i czasem spotykają się, co wzbudza euforię przechodniów. Ludzie podchodzą wtedy do nich, gratulują filmu lub dziękują za impuls do wzięcia się z życiem za bary. Wielu pyta też o to czy kręcą sequel… Davis zawsze reaguje w ten sam sposób: "A jak myślisz - co, do cholery, się z nimi na końcu stało?". Sarandon nie jest aż tak stanowcza. Razem z komikiem Jamesem Cordenem nakręciła kilka różnych alternatywnych zakończeń filmu, bez problemu włącza się też w dyskusje "co by było gdyby". "Zakładając, że jakimś cudem przeżyły, Thelma z pewnością nie jest już ze swoim okropnym mężem! Kto wie, może znalazła potem Brada. A Louise… Mogłaby zostać lesbijką. To byłoby niesamowite" - mówiła w jednym z niedawnych wywiadów.

Wszyscy spodziewali się, że po sukcesie, jaki osiągnął film, Hollywood zmieni się i realizowanych będzie więcej podobnych scenariuszy. Kobieca wersja "buddy movie" miała przecież duży potencjał, również z marketingowego punktu widzenia. Wydawało się, że widzowie mieli dosyć szablonowych bohaterek - matek, żon, kochanek, zawsze w cieniu mężczyzn. Boom na takie produkcje był, ale krótki. Sama Davis rok później wystąpiła w obrazie "Ich własna liga" o żeńskiej drużynie baseballowej, a następnie np. w "Długim pocałunku na dobranoc" i serialu "Commander In Chief", w którym wcieliła się w kobietę-prezydenta. Jak jednak mówi dziś sama zainteresowana, to pojedyncze przypadki, o których cały czas wspomina się, razem z "Druhnami" i "Seksem w wielkim mieście", jakby tych kilka filmów miało być dowodem na to, że "nie jest przecież tak źle". Według aktorki postęp od czasów "Thelmy i Louise" jest, ale zmiany te zachodzą bardzo powoli. Davis założyła nawet organizację walczącą z brakiem różnorodności z Hollywood i od dwóch lat organizuje festiwal promujący filmy opowiadające o innych bohaterach niż "biały, heteroseksualny mężczyzna". Zwycięzcy mają zagwarantowaną dystrybucję w kinie, telewizji i na nośnikach dvd.

Według ostatnich badań, nawet animacje zdominowane są przez mężczyzn. W "Krainie lodu", która uznawana jest przecież za najlepszą pochwałę siostrzanej miłości, większość dialogów wypowiadają męskie postaci. Wśród stu najbardziej wpływowych tytułów 2014 roku, zaledwie 12 procent miało kobiecą główną bohaterkę. I tak dalej, i tym podobne. "Ta nieobecność kobiet stała się tak oczywista, że nawet jej nie zauważamy" - głośno mówi Davis.

Aktorka wspomina, że "Thelma i Louise" był dla niej nie tylko ważnym punktem kariery, ale też momentem, który otworzył jej oczy. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, jak rzadko daje się kobietom szansę, aby być podekscytowanym i zainspirowanym przez żeńskie postaci w kinie. Wie, że zmiana społeczna nie zachodzi w ciągu jednego dnia i za jej życia nie ma co spodziewać się np. tego, że w amerykańskim Kongresie połowę składu będą stanowiły kobiety. Jednak film ma tę siłę, że może się to stać w ciągu minuty. Wystarczy, że odważny scenarzysta o tym napisze i ktoś zdecyduje się taki obraz wyprodukować. Taka rewolucja opłaciła się 25 lat temu, czemu miałoby się to nie stać teraz?

[Karol Barzowski]