"Millerowie": 200 procent zwrotu wartości biletu

Millerowie
Czego spodziewać się po filmie, który opowiada o przemycie marihuany przez granice USA z Meksykiem, a w roli przemytników obsadza naprędce skleconą „dla niepoznaki" rodzinę, którą tworzą diler, striptizerka, prawiczek i menelka? 
 
No właśnie. Każdy, kto pójdzie na film „Millerowie" świadom jego fabuły, obejrzawszy trailer i zobaczywszy, kto pojawia się na ekranie, dostanie 100, jeśli nie 200 procent zwrotu wartości swojego biletu. Film Rawsona Marshalla Turbera jest w swojej kategorii najprawdziwszym mistrzem.
 
Historia, której rozwój obserwujemy na ekranie, prowadzi dokładnie tam, gdzie przewidujemy. Jest konwencjonalna do granic, wykorzystuje typowe dla takiej fabularnej ramy zabiegi, komizm sytuacyjny wynika tu z seksu, dragów, różnic płci, stylu życia czy narodowości. W tej nieprzełamującej stereotypów, raczej delektującej się nimi i równie stereotypowo je naginającej opowieści doskonale odnajdują się aktorzy, którzy świetnie równoważą dosadność z sarkazmem. Dzięki temu „Millerom", mimo sporej dawki żartów okołoseksualnych, bardzo daleko do kloacznej rubaszności szmatławych komedyjek spod znaku Adama Sandlera,
 
Z pokazu, na którym wspólnie z całą sala zaśmiewałam się do łez, wyszłam naładowana pozytywną energią, w doskonałym humorze, z poczuciem przyjemnie i lekko spędzonego czasu. Tym większe było moje zdziwienie, gdy po otwarciu komputera moje zadowolenie zostało skonfrontowane z opinią kolegi po fachu, który na „Millerów" narzekał i to w bardzo poważnym tonie. Film Turbera urastał w jego wypowiedzi do rasistowskiej, seksistowskiej potwarzy, rzuconej dobremu gustowi widza, która nie tylko obraża, ale i w ogóle nie bawi. W ogólnym rozrachunku znajomy podsumował „Millerów" jako film o poziomie, poniżej którego filmy tego letniego sezonu już raczej nie zejdą. 
 
Zdaję sobie sprawę z tego, że oglądaliśmy ten sam film (wiem, sprawdziłam!), ale ja poszłam na komedię o przemycie marihuany, która ma w trailerze Meksykanina-wąsacza, Jennifer Aniston tańczącą w bieliźnie i spuchnięte nastoletnie jądra. Kolega wybrał się najwidoczniej na subtelną, inteligencką komedyjkę w stylu Jamesa L.Brooksa. Może dlatego on wyszedł z kina oburzony i rozczarowany, a ja – zachwycona. Wszystkich, którzy w kinie szukają luzu, rozrywki i żartów, które nawet kiedy schodzą poniżej poziomu porządności wciąż śmieszą bez pudła, wysyłam na „Millerów". To film, który nie tylko nie wstydzi się tego, że świetnie ogląda się go przy akompaniamencie popcornu, ale i szczyci się tym, że kiedy już będzie na DVD, przy towarzyszeniu butelki zimnego piwa, będzie jednym z chętniej oglądanych środków relaksujących, dostępnych bez potrzeby przemytu, całkiem legalnie.
[Anna Tatarska]