"Mów mi Vincent" (recenzja): aktorstwo przede wszystkim


"Mów mi Vincent" ("St. Vincent"), reż. Theodore Melfi (2014)

Filmów o starym zgredzie, który zmienia siebie i swoje podejście do życia pod wpływem dziecka, było w historii kina wiele. Nie znaczy to jednak, że "Mów mi VincentTheodore'a Melfiego nie jest pozycją godną uwagi. Produkcję tę warto bowiem zobaczyć głównie dla aktorstwa.

Jako się rzekło, Vincent (Bill Murray) to starszy jegomość, który nie lubi ludzi, zaś oni nie przepadają za nim. Nic dziwnego - Vin jest cyniczny, często chamski i opryskliwy. Gdy do domu obok wprowadzi się Maggie z synem Oliverem, Vin zaproponuje, że zaopiekuje się dzieciakiem po szkole. W ten sposób rozpocznie się niecodzienna przyjaźń.

"Mów mi Vincent" nie jest więc filmem specjalnie oryginalnym i większość widzów od początku będzie świadoma tego, jak potoczą się wydarzenia. Na całe szczęście dzieło Melfiego pozbawione jest - oprócz finału - zbędnego sentymentalizmu. Znacznie więcej niż okazji do śmiechu jest tu zresztą smutku. Okaże się bowiem, że Vincent ma naprawdę dobry powód, by być tak aspołecznym osobnikiem. Dzięki relacji z Oliverem zacznie na nowo odnajdywać sens egzystencji, a młody podopieczny nauczy się sporo życiowych prawd.

Największą zaletą jest tu jednak aktorstwo - i to wszystkich, bez wyjątku. Klasą dla siebie jest Bill Murray. Jego Vincent bardziej budzi współczucie niż odrazę i mimo wielu wad, trudno go nie lubić. Bardzo dobra jest też Melissa McCarthy, w końcu w poważnej roli. Świetnie radzą sobie Naomi Watts i Chris O'Dowd. No i warto zwrócić uwagę na debiutującego Jaedena Lieberhera, który jest tak naturalny i uroczy, jakby występował już przed kamerą co najmniej kilkanaście razy.

Wszystko to razem sprawia, że chociaż "Mów mi Vincent" Theodore'a Melfiego nie jest wielkim filmem, to jednak bez problemu podnosi na duchu i poprawia humor. To po prostu utrzymane w dobrym tempie, mające solidny, porządnie skonstruowany scenariusz dzieło. Warto je obejrzeć dla Billa Murraya i spółki.
 
[Jędrzej Dudkiewicz]