• Sonia Miniewicz
    Sonia Miniewicz

Są ambitni, pełni pasji, kochają kino i nie wystarcza im brylowanie po jednej tylko stronie kamery. Nic więc dziwnego, że prędzej czy później porzucają dotychczasową rolę, by – z większym lub mniejszym powodzeniem – zasiąść na reżyserskim stołku.

Natalie Portman

Matylda z "Leona zawodowca" dorosła i nie zamierza stać w cieniu. Jej ostatnie wybory zawodowe wzbudzały, delikatnie rzecz ujmując, dość mieszane uczucia, dlatego fani z ulgą przyjęli wiadomość, że Portman jeszcze się nie skończyła. A nawet, kto wie – być może dopiero się zaczyna. "Opowieść o miłości i mroku" to pełnometrażowy debiut Portman jako reżyserki (do tego obsadziła się w głównej roli i stworzyła scenariusz na podstawie autobiograficznej powieści Amosa Oza). Jej decyzja dziwić raczej nikogo nie powinna, bo już od dawna aktorka narzekała, że "niemal wszystkie filmy zostały napisane i wyreżyserowane przez mężczyzn", dlatego też tak trudno w kinie o porządne i wymykające się schematom postacie kobiece. Teraz postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. I jak twierdzi krytyka – poszło jej całkiem nieźle.

Ben Affleck

Zanim został Batmanem, był nie do końca cenionym aktorem, ale za to odnoszącym sukcesy reżyserem. I choć Bena Afflecka co złośliwsi nazywają hollywoodzkim Pinokiem, gdy staje po drugiej stronie kamery, mało kto jest w stanie odmówić mu talentu. "Gdzie jesteś Amando?", "Miasto złodziei" czy "Operacja Argo" przyniosły mu – wreszcie – sympatię krytyki i wszystko wskazuje na to, że Affleck nieprędko zrezygnuje z kręcenia. Zwłaszcza że tworzenie nowych filmów daje mu wiele satysfakcji. Wśród swoich guru wymienia na przykład Martina Bresta – i zapewnia, że kiedy myśli nad kolejnym projektem, nie patrzy na budżet, tylko na scenariusz. Nie dziwi zatem, że tak zdecydowanie odrzucił propozycję wyreżyserowania "Człowieka ze stali". Szkoda tylko, że jako aktor nie ma podobnych obiekcji.

George Clooney

"Reżyserowanie jest naprawdę ekscytujące. W końcu lepiej być malarzem niż częścią obrazu", mówił Clooney, dodając, że kiedy staje za kamerą, czuje się niczym kapitan statku i świetnie się odnajduje, dowodząc zgrają podlegających mu aktorów. Idzie mu zresztą całkiem nieźle – począwszy od debiutanckiego "Niebezpiecznego umysłu", przez "Good Night, and Good Luck", a na "Idach marcowych" kończąc. Bo o "Obrońcach skarbów" zapewne wolałby zapomnieć i on, i widzowie.

Ryan Gosling

Gosling już od paru ładnych lat dzielnie próbuje zerwać z wizerunkiem jasnowłosego kochasia, którego nabawił się po "Pamiętniku" i kilku zbyt pochopnie przyjętych rolach w komediach romantycznych. Jednym ze sposobów na to jest właśnie reżyserowanie. "W końcu nie można grać wiecznie", twierdził, zasiadając za kamerą "Lost River". Poszło mu, jak twierdzą krytycy, średnio, ale aktora to bynajmniej nie zniechęca. I nie wyklucza, że za jakiś czas chętnie powtórzy to doświadczenie, bo w końcu to doskonały sposób na "wyrażenie siebie".

Mel Gibson

"Znacznie bardziej kręci mnie reżyserowanie, to o wiele większa zabawa", twierdził, dodając, że uwielbia "kontrolować" opowiadaną historię. Zadebiutował "Człowiekiem bez twarzy", później był "Braveheart – Waleczne serce", w którym zagrał też głównego bohatera. Ale na początku rolę odrzucił, prosząc, by zamiast tego pozwolono mu zasiąść na reżyserskim stołku. Zgodzono się, ale tylko pod warunkiem, że i tak wcieli się w Wallace'a. Gibson zacisnął więc zęby i poszedł na kompromis. Biorąc pod uwagę nagrody, które zdobył – decyzji raczej nie żałował.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Zobacz kolejne.