Niebo
Wyreżyserowana przez Pawła Sarbinowskiego i Piotra Żukowskiego komedia pomyłek to zrealizowany za niewielkie pieniądze film w sam raz na abdykację Benedykta XVI.

Nic dziwnego, że papież rezygnuje z urzędu, kiedy więcej chętnych pragnie uciec z królestwa niebieskiego, niż do niego trafić.
 
Zaczyna się od klimatu pożyczonego z „Dnia świra", z niespełnionym dramaturgiem i aktorem w roli głównej. Boguś Żuczek rzeczywiście walczy w mikrokosmosie niczym owad wtłaczający pod górkę ciężką kulę. Występując w bajkach dla najmłodszych, jest obrzucany resztkami jedzenia zamiast oklasków. Na własną twórczość nie ma już siły – woli zapijać smutki. Podczas jednego z takich wieczorów, pojawiają się w jego domu dwaj agenci, którzy po podpisaniu stosownych papierów zabierają go do nieba. Miejsce to okaże się przereklamowanym pensjonatem dla zmarłych przedwcześnie artystów, w którego pokojach mieszkają obok siebie Marilyn Monroe, Michael Jackson i Fryderyk Chopin. Zachwycony Boguś, zaproszony do nieba przez przypadek, po jakimś czasie zatęskni jednak za ziemią, na której zostanie tymczasem obwołany „niedocenionym geniuszem".
 
Kino offowe w naszym kraju uparcie pielęgnuje własną tożsamość. Także „Niebo" jest jego przedstawicielem, streszczającym liczne wady filmów produkowanych przez amatorów. Historia Żuczka rozpada się właściwie na szereg średniej jakości skeczy, pozbawionych dowcipnych dialogów i pazura. Nadmiar wątków i upychanie gwiazd mających podnieść prestiż produkcji działa na niekorzyść filmu. Edward Linde-Lubaszenko jako Dziadek zostaje dolepiony do kilku scen i służy tylko za markowy magnes na lodówkę wypełnioną drugorzędnymi aktorami. Przemysław Bluszcz w roli Agenta niebieskiego wygląda tajemniczo, ale jego rzemiosło ogranicza się do jednej miny – twórcy wyraźnie poskąpili mu charakteru. Jedynie Bodo Kox, jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy kina nieprofesjonalnego, wprowadza do filmu nutkę ekstrawagancji.
 
Główna przeszkoda w czerpaniu przyjemności z seansu to nieustające ambicje moralizatorskie twórców. Wyszli z założenia, że jeśli już podśmiewamy się z korzeni naszej kultury, musimy zrównoważyć to krzepiącą przypowieścią o zerze, przemieniającym się w bohatera. Jeśli szansą na sukces chałupniczych filmów jest odważny i błyskotliwy atak na otaczający nas mainstream, „Niebo" skutecznie ją zaprzepaszcza. Robiąc apetyt na wywrotową zabawę, przeistacza się w potulny wykład dla całej rodziny.
[Sebastian Smoliński]