"Paddington" (recenzja): proszę państwa, oto miś


"Paddington", reż. Paul King (2014)

Stało się - Paddington zadebiutował w kinie i wszedł w XXI wiek. Mogą jednak spać spokojnie ci, którzy z łezką w oku wspominają książeczki Michaela Bonda o sympatycznym przybyszu z mrocznych zakątków Peru. To wciąż ten sam miś. Nie zmuszono go do operacji plastycznej, nie poddano żadnemu retuszowi. Trochę go tylko... odkurzono.

Trzeba przyznać, że twórcom "Paddingtona" dobrze udało się oddać charakter uwielbianego przez Brytyjczyków bohatera, w oryginalnej wersji mówiącego głosem Bena Whishawa, nowego bondowskiego Q. Niezwykle uprzejmy i ciekawy świata, a jednocześnie strasznie nieporadny we wszystkim co robi, z pewnością będzie wzbudzać salwy śmiechu dziecięcej widowni. Film nie traci nic z klimatu swojego pierwowzoru - jest równie prosty jak książeczki Bonda, a jednocześnie ma w sobie pewien współczesny twist.

Literacki oryginał opowiadał jedynie o pojedynczych epizodach z życia misia w wielkim mieście. Tym razem niezbędne było oparcie ich na stelażu właściwej kinowej fabuły. Tę utworzono poprzez wprowadzenie postaci Millicent (bawiąca się rolą Nicole Kidman) - krzyżówka Cruelli de Mon oraz Ethana Hunta z "Mission Impossible". Próbuje ona porwać Paddingtona, a następnie dodać go do swojej kolekcji wypchanych eksponatów w Muzeum Historii Naturalnej. Choć brzmi to drastycznie, wątek ten nie służy tylko kreowaniu napięcia. Twórcy zwracają nim też uwagę na kwestię bycia "innym".

Pojawienie się misia w Londynie nie wywołuje w filmie szoku czy niedowierzania. To coś nowego, w pewien sposób niezwykłego, ale nie niemożliwego. Paddington traktowany jest przez mieszkańców niczym... imigrant innej rasy (Nie podchodź, pewnie coś sprzedaje). Wraz z subtelnymi odniesieniami do czasów II wojny światowej i wypraw naukowych, film okazuje się być pełen ciekawych spostrzeżeń. Dorośli wyciągną z tego komentarz do sytuacji społecznej w Wielkiej Brytanii. Dzieci natomiast - morał o tym, że choć możemy diametralnie różnić się pod względem wyglądu czy sposobu bycia, tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie podobni.

"Paddington", tak jak i jego książkowy pierwowzór, ma w sobie sporo slapstickowego humoru, ale też całe pokłady uroku, może nawet w nieco staroświeckim stylu. Film wygląda trochę jak nakręcony dwie dekady temu, na wzór familijnych hitów lat dziewięćdziesiątych. Dość powiedzieć, że choć akcja dzieje się współcześnie, nikt nie używa tu komórek czy internetu. Szeroko zakrojone poszukiwania pewnego podróżnika odbywają się przy użyciu... książki telefonicznej.

Film w reżyserii Paula Kinga nie jest kolejną nowoczesną adaptacją, która rujnuje dziecięce wspomnienia, tak jak niedawne "Smerfy" czy "Garfield". "Paddington" to raczej współczesny hołd dla słynnego misia, a jednocześnie pierwszorzędna rozrywka dla całej rodziny. Idealny pomysł na zimowy seans - z filmu bije takie ciepło, że rozgrzewa jak ulubiony kocyk.
 
[Karol Barzowski]