• Kuba Armata
    Kuba Armata
Pakt z diabłem
  • 3.6
  • 0
Pakt z diabłem

"Pakt z diabłem" ("Black Mass"), reż. Scott Cooper (2015)

Idealne dla: wielbicieli filmów z cyklu "zabili go i uciekł", gangsterskiego kina spod znaku Martina Scorsese, fryzur rodem z "Drakuli"

Wychodząc z kina po projekcji filmu "Pakt z diabłem" pewnym można być dwóch rzeczy. Że ulubionym twórcą stojącego za kamerą Scotta Coopera jest Martin Scorsese, a pion odpowiedzialny za charakteryzację umilał sobie wieczory oglądając najpewniej "DrakulęFrancisa Forda Coppoli. Bo raz, że jesteśmy świadkami małego déjà vu z "Chłopców z ferajny", a przede wszystkim "Infiltracji", dwa - Johnny Depp bardziej niż gangstera Jamesa Bulgera, przypomina właśnie legendarnego wampira.

Podobnie jak w "Infiltracji" trafiamy na ulice południowego Bostonu, będącego obiektem krwawej rozgrywki pomiędzy Irlandczykami a Włochami. Tych pierwszych, nazywających się prawdziwymi "southie" reprezentuje gang Winter Hill, na którego czele stoi wspomniany Bulger. Jak przystało na rasowego gangstera obok kolejnych egzekucji, w czym zresztą sam się lubuje, znajdzie czas, by pomóc starszej pani z zakupami. Bądź też zjeść świąteczną kolację z bratem, piastującym urząd senatora (w tej roli Benedict Cumberbatch). To właśnie Bulger nie cofnie się też przed tytułowym "paktem z diabłem" (czytaj FBI), by wyeliminować wielbiącą makaron konkurencję. A wszystko za sprawą kumpla z dzieciństwa, brudnego gliny, sabotującego działania biura dla własnych (i nie tylko) korzyści. Brzmi znajomo? Zanim jednak ktoś posądzi Coopera o zbyt bezpośrednie podejście do twórczości Scorsese, powinien pamiętać, że historia ta oparta jest na faktach, a siedzący dziś w więzieniu gangster to wciąż jedna z niechlubnych legend Bostonu.

Cooperowi i jego współpracownikom przyznać trzeba, że są pojętnymi uczniami i dobrze odrobili tę lekcję. W takich filmach zawsze uwagę zwraca detal, a tu wydaje się być naprawdę solidnie dopracowany. Może poza wspomnianą charakteryzacją Deppa, który chwilami wygląda nieco karykaturalnie. O tym, że zagra on wszystko i wszędzie (także w szpitalu, dla małych pacjentów - dowody na YouTube) wiadomo nie od dziś. Wydaje się jednak, że po chwilowym impasie i nie najlepszych może nie tyle rolach, ile scenariuszowych wyborach, ten znakomity aktor wraca do pierwszej ligi.

"Pakt z diabłem" spoczywa właśnie na jego barkach, co zresztą wydaje się być zmyślnym zabiegiem początkującego reżysera jakim wciąż jest Cooper. To, czego aktorowi brakuje, to z pewnością godnych kompanów u boku. Takich na miarę Joe Pesci'ego czy Raya Liotty z "Chłopców z ferajny". Kogoś, kto czasem zluzuje głównego bohatera i dla odmiany sypnie makabrycznym żartem, w czym lubowali się wspomniani panowie. Tymczasem wszelkie gangsterskie mądrości i życiowe rady dostajemy tu wyłącznie od Bulgera. Jak chociażby ta, że bić kogoś powinno się tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Pozostaje nadzieja, że zbyt wielu rozczarowanych recenzjami reżyserów tego filmu nie zobaczy.

[Kuba Armata, 72. MFF w Wenecji]